Czwartek - --
Piątek - --
Sobota - --

19-05-2011 14:29


Wiecej płyt:
Młoda Szwedka swój genialny, debiutancki album wydała w 2007 roku. Gdy następnie pojawiła się w Black Cup Session (programie nagrywanym w czarnych londyńskich taksówkach), udowodniła, że posiada talent do tworzenia wybitnych aranżacji.

Teledyski potrafiła nagrywać w łazience, sypialni czy dziwnie wąskim korytarzu; skromna scenografia przestawała się liczyć wobec charyzmy i wokalnych możliwości artystki. Dobór instrumentów - szczególnie mniej lub bardziej plastikowych zabawek muzycznych - dobrze uzupełniał nonszalancki image. Świat padł na kolana.

Po kolaboracjach z Kleerup, Robyn, Santogold czy Kayne Westem, Lykke Li nadciąga z drugą płytą. I niestety klops: artystka przechodzi na ciemniejszą, smutniejszą stronę. Na albumie, prócz singlowych "I Fallow Rivers" i "Get Some" znajdziemy może jeszcze dwa interesujące kawałki. Reszta albumu, niestety, powiewa nudą, zaś sama Li Lykke Timotej Zachrisson nie odkrywa przed nami nic nowego. Album "Wounded Rhymes" ukazuje jej dojrzalszą stronę, ale nie jest niczym odkrywczym. Jak to zwykle bywa, drugi longplay, zwłaszcza po bardzo dobrym debiucie, jest sporym wyzwaniem, któremu genialna szwedzka artystka nie do końca podołała.
Jeśli ktoś czekał na smutną Lykke Li - proszę bardzo. Ja poczekam na następny album.

wyd. Atlantic