Czwartek - --
Piątek - --
Sobota - --

30-06-2011 21:46

Rozmowa z Maćkiem Gorzelakiem (dj Kalvinem), koordynatorem ds. programowych Festiwalu Boogie Brain

W Polsce ostatnimi czasy powstało wiele ciekawych festiwali, kilka z nich jest na całkiem wysokim poziomie. Co odróżnia Boogie Brain od innych festiwali, czy można mówić o jakiejś idei, założeniu?
-Trudno tu mówić o jakimś założeniu, może bardziej stwierdzenie faktu, że okazji do słuchania tego typu artystów, jakich zaprasza festiwal Boogie Brain, w Szczecinie do tej pory nie mieliśmy. A co do identyfikacji muzycznej... już nie raz było tak, że byliśmy nazywani festiwalem didżejskim, festiwalem muzyki elektronicznej. Wszystkie te etykietki były takie ni przypiął ni przyłatał. Ja wolę mówić o muzyce, którą możemy posłuchać na Boogie Brain jako o tzw. urban music. Ten termin został kiedyś użyty przez dziennikarza BBC i myślę, że najbardziej odpowiada temu, co proponujemy. Stawiamy więc na multigatunkowość. Trzeba pamiętać, że podczas drugiej edycji mieliśmy mocne gitarowe granie - zespół Inner City Dwellers. Rok temu gościliśmy zespół Kristen. Dwa lata temu był Roy Ayers, czyli też wycieczki w zupełnie inną stronę. Od pierwszej edycji nie był to stricte elektroniczny festiwal. Jeśli chodzi o dobór muzyki, to można powiedzieć, że wszystko ostatecznie przechodzi przeze mnie, ale nie jestem tu absolutnie autorytarny.

Czy obserwując środowisko szczecińskie również przez pryzmat Boogie Brain, który odbywa się od 2008 roku, widzisz u ludzi większą potrzebę słuchania nowej muzyki, chłonięcia nowych dźwięków, czy może ta potrzeba była zawsze, a takie wydarzenia jak Boogie Brain dają jej pewien upust?
-Nie chciałbym zabrzmieć zbyt belfersko, ale uważam, że świadomi odbiorcy muzyki są w tej chwili w mniejszości i że ludzie potrzebują podania im pewnych rzeczy. Kiedyś było tak, że jak była jakaś gwiazda pop, to wszyscy wiedzieli kto to jest i przy różnych hitach potrafiły bawić się wielopokoleniowe rodziny. Natomiast teraz nastąpiła taka saturyzacja, przesycenie tego wszystkiego, np. jakaś duża stacja radiowa ma swoje gwiazdy i uważa, że to są jedyne i słuszne gwiazdy. Tak samo działają stacje telewizyjne. Do tego doszedł jeszcze Internet z całą tą propozycją, która nigdy nie znajdzie się w mainstreamowych mediach. W zalewie tego wszystkiego wyłuskanie lepszych, ciekawszych propozycji dla wielu osób może być historią nie do przejścia i dobrze wtedy zdać się na jakąś wyspecjalizowaną rozgłośnię radiową, event, zaufać organizatorom tudzież dziennikarzom.

Mówiąc o założeniach, miałam tu też na myśli pewną misję. Czy w doborze artystów, prócz tego, że kierujecie się własnym, często mocno subiektywnym gustem, chcecie pokazać w muzyce coś, co według was jest w tej chwili ważne, choć może nie do końca odpowiada waszym osobistym preferencjom?
-Odwołam się tutaj do zeszłorocznej edycji Boogie Brain... Mieliśmy do czynienia ze sceną londyńską i sceną berlińską, którą reprezentowali artyści naprawdę z najwyższej półki, jak choćby Henrik Schwartz, chociaż to właśnie nie jest do końca mój flow. Tam był np. też taki artysta jak Shed, który- jeśli chodzi o dobre, niełupiące techno- stanowi po prostu créme de la créme; ktoś, o kim przeczytasz w każdym opiniotwórczym medium. Ten biedny Shed grał tam dla jakichś dwudziestu osób, bo wszyscy potrzebowali się wyczochrać przy dudniącym basie prosto z Londynu. Może więc to zabrzmieć okrutnie i wyglądać na zabieg marketingowy, ale doszliśmy do wniosku, że nie będziemy na razie eksplorować Berlina. Choć uważam, że to trochę dziwne, bo przez całe lata w Szczecinie grało się techno i mówiliśmy o wpływie Berlina na to miasto. Jednak myślę, że ogólnie w UK w tej chwili więcej buzuje, więcej się dzieje. Niemcy są jednak bardziej konserwatywne.

Ale może to też wynika z tego, że nie wiemy do końca co się dzieje w Niemczech, nawet w Berlinie. UK już tak ma, że na wszystko co się u nich muzycznego pojawi położony jest mocny hype, każde najmniejsze wydarzenie rozdmuchiwane jest do postaci epokowego odkrycia, które narodziło się właśnie np. w Londynie, takie wiesz, owijanie się od pokoleń Union Jackiem i paradowanie nam przed nosem. Może scena berlińska jest w tym wszystkim bardziej skryta.
-Nie do końca. Nie chodzi tu nawet o podziały na gatunki, który lepszy, który gorszy, że np. techno złe, a coś tam innego dobre, ale jednak to, co przez ostatnie lata scenie klubowej zrobił dubstep, pochodzący przecież właśnie z Londynu to jest coś niesamowitego. Ożywił tę mocno skostniałą klubową scenę, gdzie już wiele się nie działo. Mimo tego, że przybiera czasem mocno karykaturalne formy jak np. amerykański, gówniany, stadionowy Skirllex. Mówię tu bardziej o tych pierwszych rzeczach. Nagle te dźwięki zostały wchłonięte przez inne sceny i gatunki i to wszystko nabrało drugiego życia. Stało się to bardzo szybko, bo mimo, że gatunek ma nie więcej niż dziesięć lat, to ekspresowo zaczął rozprzestrzeniać się dzięki Internetowi.
Kiedy robiliśmy pierwszą edycję festiwalu miałem takie wrażenie, że dzieciaki przestały słuchać elektroniki, że ten prymat muzyki klubowej skończył się parę lat temu. To właśnie dzięki dubstepowi i tego, co się naokoło wydarzyło myślę, że wszystko wróciło na swoje miejsce. Chociaż dzieciaki chyba jednak już nie tak często chodzą do klubów. To też pewnie znak czasów.

To jak to w końcu jest?
-Zaczyna być tak, że mamy streaming internetowy w domu z jakiejś imprezy na świecie i w tym właśnie wielu ludzi uczestniczy, nie mogąc znaleźć dla siebie żadnej opcji programowej w mieście. Mówię tu o fenomenie, jakim jest Boiler Room. To taka impreza, która przede wszystkim jest multigatunkowa. Trwa dopiero rok, a już ma rzesze fanów bez najmniejszej akcji marketingowej. Ostatnio grał tam np. Goldie. Boiler Room znajduje się w różnych miejscach, czasem ta miejscówka jest ściśle tajna, zazwyczaj może tam wejść kilkadziesiąt osób, ale przed komputerami w środku tygodnia zasiadają ludzie na całym świecie i dostają najlepszych z najlepszych. To jest ewenement, coś zupełnie nowego. Ja myślę, że to jest przyszłość clubbingu, imprezowania.

Ale to chyba dosyć smutne. Ostatnio doświadczyłam czegoś, co nazywa się Silent Disco. To nie do końca to samo, ale jednak w jakiś sposób alienuje ludzi tam, gdzie powinni doświadczać pewnego rodzaju jedności. Mam wrażenie, że cała idea zabawy polega na tym, że ma być głośno, że muzyka która rozbrzmiewa ma pokazać, że właśnie tu jesteśmy, ma być też zaproszeniem, a kiedy odbywa się to w zaciszu domowym albo jest na zewnątrz, ale zupełnie ciche, to jest to jakby zaprzeczeniem idei zabawy. To jak zrobienie grzecznej dziewczynki z czegoś, co ma być drapieżną diwą.
-Jeśli chodzi o Silent Disco to zgodzę się z tobą, też nie kumam tej idei. Jestem jednak w stanie szybciej zrozumieć ideę Boiler Roomu. Pewnych rzeczy już nie zatrzymasz. Tam się odbywa komunikacja na zasadzie czatu między ludźmi, którzy są i na tej imprezie i np. w Australii, ale wszyscy uczestniczą w imprezie Boiler Roomu w Londynie. Tam ciągle odbywa się interakcja, jednak na taką imprezę można przyjść bezpośrednio, więc pierwotny element zabawy jest tu zachowany. Jestem jednak bardziej w stanie zrozumieć, że będziemy uczestniczyć w mniejszych grupach na imprezach, które będą streamowane w Internet i oglądane przez duże skupiska ludzi. Jednak impreza muzyczna powinna generować hałas.
Artykuł z numeru: [#9] 07/2011
0
komentarze