Piątek - --
Sobota - --
Niedziela - --

28-07-2011 12:59

Rozmowa z Maciejem Cuske, reżyserem filmów dokumentalnych, absolwentem Mistrzowskiej Szkoły Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy w Warszawie, prowadzącym warsztaty dokumentalne dla młodzieży w trakcie festiwalu Ińskie Lato Filmowe.

Skąd pomysł na współpracę z młodzieżą? Czy to sentyment, czy może kontynuacja warsztatów Przedszkola Filmowego w Szkole Wajdy?
Sprawia mi radość, gdy udaje się zaszczepić w kimś zapał do robienia filmów. Myślę, że to świetna zabawa i niegłupi sposób na twórcze spędzenie czasu. Sam staram się czerpać z tych spotkań przyjemność i energię. Dlatego dbam o to, by się nie powtarzać i za każdym razem jestem otwarty na pomysły i oczekiwania uczestników. Czasem realizujemy filmy bliższe poetyce dokumentalnej, czasem fabularnej.
Punktem wyjścia do ostatniego mojego filmu pt. "Daleko od miasta" jest realizacja amatorskiego filmu na dalekiej wsi. Projekt realizuje kilku chłopców. Idea wydała się Przemkowi (Lewandowskiemu - przyp. red.), szefowi festiwalu w Ińsku, fajnym pretekstem do zainspirowania młodzieży podczas tegorocznych warsztatów filmowych, realizowanych przy festiwalu.

Co jest według Ciebie najważniejsze w takiej warsztatowej współpracy z młodymi ludźmi?
Trzeba być czujnym. Zdarza się, że przyjeżdżam do nieznanych mi osób w nieznane miejsce, przygotowuję sobie jakiś temat lub formę warsztatów i młodych ludzi to nie rusza. Trzeba się szybko zreflektować, żeby taka atmosfera nie trwała zbyt długo.
Ważne jest też, żeby wciąż było coś do zrobienia, żeby nie było nudy.
Stawiam zawsze na część praktyczną warsztatów. Teoria jest w książkach, a najwięcej uczymy się na swoich błędach.
Najważniejsze jednak jest dla mnie, żeby wszyscy wyjechali z gotowym efektem wspólnej, kilkudniowej pracy. To będzie kiedyś dla nich cenna pamiątka, szczególnie, jeśli nie pójdą drogą filmowców.

Czy Twoim zdaniem są jakieś braki w edukacji instytucjonalnej, jeżeli chodzi o edukację artystyczną lub edukację związaną z nowymi mediami?
Jestem załamany tym, jak sztuka jest traktowana w szkołach powszechnych. Mam syna w gimnazjum. Od trzeciej klasy podstawowej szkoły, odkąd przestali mieć plastykę, nie narysował żadnego obrazka, nie namalował żadnej pracy, nie poznał żadnych technik plastycznych. Muzykę miał później przez rok zamiast plastyki. Pani nauczyła ich piosenki Marka Grechuty, którą pamięta do dziś. Niestety to jedyna piosenka, którą znają dzieci w jego klasie, bo muzyka też przestała być potrzebna. Próbowałem zachęcić panie nauczycielki do korzystania z przygotowanej przez Polski Instytut Sztuki Filmowej, darmowej filmoteki, która jest rewelacyjną pomocą do nauki w szkołach. Są tam zagadnienia programu szkolnego omówione przez wybitnych krytyków filmowych. Niestety przez kilka lat żaden z nauczycieli z tego nie skorzystał. Wiem, że tak jest w wielu szkołach. Nie pojmuję tego. I to nieprawda, że dzieciaki tego nie potrzebują. Trafiam z warsztatami do różnych miejsc i energia do pracy twórczej, którą udaje mi się wykrzesać z młodzieży, jest niewyczerpana.

Czy dla młodych ludzi (gimnazjalistów, licealistów) dokument - jako gatunek filmu - jest ważny? Co w nim znajdują dla siebie?
Z pozoru mogłoby się wydawać, że dokument jest mniej atrakcyjny dla młodzieży niż film fabularny. Ale w działaniu okazuje się, że odwrotnie! Przy filmie fabularnym efekt jest nieporównywanie mniejszy od wysiłku włożonego w pracę. Sceny po montażu okazują się często niedoskonałe, aktorstwo zazwyczaj sztuczne, to, co miało być śmiertelnie poważne wywołuje śmiech itp. To oczywiście urok kina amatorskiego. Jednak w formach dokumentalnych, nawet jeśli są to pierwsze ćwiczenia, udaje się często sięgnąć głębiej. Bohaterowie są prawdziwi, często można trafić na wyjątkowo barwne postaci, które budują film. Fajnie podpatrzona rzeczywistość wywołuje zazwyczaj nieporównanie większe emocje niż ta wykreowana fabularnie. Oryginalna pani, zapoznana podczas warsztatów na przystanku autobusowym ma szansę zapaść głębiej w pamięć niż wstający z trumny wampir, zakochany w młodej dziewczynie.

Czy młodzi ludzie potrzebują "przewodników" przez świat sztuki, filmu, muzyki?
Pamiętam do dziś swojego nauczyciela j. polskiego z czasów szkoły podstawowej. Siadaliśmy na stołach zamiast na krzesłach, bawiliśmy się w teatr. Każda lekcja to było totalne zaskoczenie. Niestety, nowatorski pedagog nie przystawał do tamtych czasów i po roku został zwolniony.
Wiem jednak, ile mu zawdzięczam wyobraźni. To taki wiek, że się chłonie jak gąbka każdą próbę ubarwienia rzeczywistości.
Mam kilka swoich prywatnych satysfakcji - kiedy np. po roku ci sami ludzie zapraszają mnie na warsztaty, ponieważ proszą o to młodzi; niektórzy przysyłają mi swoje kolejne filmy. Kilku wychowanków Przedszkola Filmowego w szkole Wajdy, a także z innych warsztatów dostało się do Szkoły Filmowej w Łodzi. Być może kilku z nich pomogłem się zdecydować, czy warto robić filmy?

Czy Ty masz swojego filmowego przewodnika?
Dla mnie momentem zwrotnym w życiu był kurs dokumentalny w Mistrzowskiej Szkole Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy. Tam poznałem największych moich wychowawców i wykładowców filmu: Jacka Bławuta i Marcela Łozińskiego. Dzięki nim uwierzyłem w siebie i zacząłem samodzielnie robić filmy. Pamiętam, jak w młodości zachwycałem się ich poetyką dzięki takim obrazom jak "Nienormalni", "Jak żyć?", "Kostka cukru", "89 mm do Europy"; zrozumiałem, że kino to nie tylko kryminały, komedie i romanse, ale również dokument. Miałem niezwykłe szczęście, że mogłem poznać takich ludzi i od nich się uczyć. Pamiętam, jak Marcel Łoziński przed moim wyjazdem na pierwszy plan filmowy do Ciechocinka obejrzał swój film "Jak żyć" i scena po scenie opowiedział, jak go realizował i z czym musiał się borykać. To była niezwykła lekcja.

Kiedy i dlaczego dokument stał się dla Ciebie ważny?
Filmy dokumentalne odkryłem bardzo wcześnie. Może nie umiałem zdefiniować gatunku, ale na pewno dobrze go odróżniałem od filmów fabularnych i reportaży. Myślę, że trafiała do mnie niezwykła prawda przedstawianego świata. Był taki czas, że w kinach przed filmem głównym leciała Kronika Filmowa lub właśnie dokument. W taki sposób zobaczyłem "89 mm do Europy". W telewizji leciał też cykl Andrzeja Fidyka "Czas na dokument", na który zawsze z niecierpliwością czekałem.
Pamiętam także pierwszą żywiołową dyskusję o relacjach, którą przeprowadziliśmy z rodzicami pod wpływem obejrzanego wspólnie w telewizji "Takiego pięknego syna urodziłam" Marcina Koszałki. Dziś dokumentu nie ma w kinie ani w telewizji, mimo, że na całym świecie zyskuje coraz większą popularność. Mam nadzieję, że ta "fala" dosięgnie i Polski.

Jak wybierasz tematy swoich filmów, czy należy szukać w nich elementu wspólnego?
Ja raczej nie szukam swoich tematów, same do mnie przychodzą. Oczywiście często zastanawiam się, czy dany temat jest na pewno odpowiedni na film. Czasem pewnie się mylę i być może zaprzepaściłem jakieś historie. Jednak wyznaję zasadę, że filmy, które mam jeszcze zrobić, na pewno zrobię, a pozostałe pewnie nie były mi dane.
Niezwykłe sanatoryjne miasteczko, które znałem z dzieciństwa, wykorzystałem jako tło do filmu "Kuracja"; "Antykwariat" umieściłem w miejscu, do którego z przyjemnością zaglądałem jako klient w Warszawie. W Rosji chciałem zrobić film o bloku, a zrealizowałem "Elektryczkę", którą codziennie dojeżdżałem do miasta. O polu, na którym lądują kosmici, usłyszałem w pociągu i pojechałem nakręcić tam "Na niebie na ziemi". W "Dekalogu III" postanowiłem zawrzeć kawałek życia mojego pokolenia, naszych problemów, a w "Daleko od miasta" chciałem cofnąć się trochę w czasy młodości i przeżyć, jak kiedyś, intensywne lato.

Plany na przyszłość?
Chciałbym z przyjaciółmi zrobić niezależny film fantastyczny. Poza tym czekam, aż któryś z pomysłów dokumentalnych rozwinie się pełniej w mojej głowie i w końcu do mnie "przyjdzie".
Artykuł z numeru: [#10] 08/2011
0
komentarze