Niedziela - --
Poniedziałek - --
Wtorek - --

18-05-2011 15:46

Kocham tutejsze Śródmieście miłością niezwykłą. Miłość tę można by porównać do uczucia wielkiego poety do ukochanej białogłowy. Wzdycham, cichutko, prawie bezszelestnie wypowiadam och! i ach!. Patrzę, podziwiam, delektuję się. Nigdy nie mam dosyć.

Co mnie najbardziej ujmuje kiedy spokojnie, spacerowym tempem przechadzam się ul. Krzywoustego, Jagiellońską, Bogusława, czy al. Wojska Polskiego? Przede wszystkim wszechogarniające: czystość, ład i porządek. Nie zwracam nawet uwagi na brudne, zdewastowane XIX-wieczne kamienice, walające się po ulicy butelki i papierki po konsumowanym w nocy fast-foodowym jedzonku oraz połamane chodniki. Nie czuję nawet pojawiającego się w okolicach bram śródmiejskich budynków ciężkiego odoru moczu. Inni przechodnie o dziwo nie potrafią go znieść. Oni swojego serca miasta po prostu nie szanują!

Ale Śródmieście to przede wszystkim wspaniali ludzie. Już od wczesnych godzin rannych widzę szeroko uśmiechających się mężczyzn. Mają podkrążone oczy, są niewyspani, ale z radością witają w bramach swoich kamienic nowy dzień. To tacy strażnicy, którzy nie chcą dopuścić do tego, żeby jakaś osoba niepowołana wdarła się do ich królestwa. Dla kurażu gracko dzierżą w zziębniętych rękach piwko lub winko. A co, nie należy się im nic od życia?
Mężczyźni są mili, uprzejmi, powiedzą "dzień dobry", czasem nawet się ukłonią. Szczególnie jeśli pozytywnie zostanie rozpatrzona prośba o pieniądze na śniadanko, obiadek, kolacyjkę lub papierosy. Czasami jednak mają już dość arogancji przechodniów. Ci - nie wiedzieć czemu - są niemili, opryskliwi, niechętni do jakiejkolwiek pomocy. To nie ludzie, to zwierzęta! Wtedy spokojni mieszkańcy Śródmieścia potrafią przeistoczyć się w prawdziwe bestie. Nazywając rzeczy po imieniu, z pianą na ustach przemawiają wtedy takiemu delikwentowi do rozsądku. Może wreszcie nauczy się uprzejmości. Może następnym razem poczuje w sobie duszę miłosiernego samarytanina. 
Moja miłość do tutejszego Śródmieścia mogłaby być jeszcze większa.
Problem w tym, ze szczeciński downtown mnie nie kocha. Nie rozumie moich potrzeb, nie oferuje nic ciekawego. Może w końcu mnie chociaż polubi? Na to liczę, bo nie chce codziennie zadawać sobie pytania: "czy ja przypadkiem nie spaceruję po Mogadiszu?".

Artykuł z numeru: [#2] 12/2010
0
komentarze