Czwartek - --
Piątek - --
Sobota - --

23-05-2012 10:02

Historia będzie niezbyt długa, ale możliwe treściwa i moralizatorska. Opowie o tym, że Instytut Pamięci Narodowej w Szczecinie, mimo ograniczonych przestrzeni i tematyki działań, potrafi przyciągnąć sporo zwiedzających. Jako okazję wykorzystał tegoroczną Noc Muzeów.

Po co w ogóle ten IPN?
Instytut Pamięci Narodowej został powołany w 1998 roku. Jego zadaniem jest opieka nad dokumentami organów bezpieczeństwa państwa w latach 1944-1990, prowadzenie śledztw dotyczących zbrodni nazistowskich i komunistycznych oraz działalność edukacyjna.
Jego główna siedziba znajduje się w Warszawie, ale ma oprócz tego 11 oddziałów, w tym w Szczecinie, oraz 7 delegatur. Publikują w Internecie, tworzą gry edukacyjne, mają swoje wydawnictwo i czasopismo Pamięć.pl. W IPNie odbywają się promocje książek, wykłady, debaty, obchody rocznicowe - jednym słowem wszystko, co przyczynia się do rozpowszechniania historii narodu polskiego w XX wieku.

Instytut wywołuje wiele kontrowersji. Znalazł zwolenników, którzy uważają, że za przeszłość rozliczać trzeba, a sprawiedliwość jest kategorią pierwszej rangi. Są też osoby przeciwne rozdrapywaniu starych ran, co było to minęło, a czasy teraźniejsze są priorytetowe. IPN zdaje sobie chyba sprawę z tak różnorodnego podejścia i zrobił coś, co wydaje się zadowalać wszystkich. Noce Muzeów w szczecińskim oddziale nie są ani mrocznym rozrachunkiem z latami PRL, ani beztroską zabawą. Postawiono na przybliżanie historii, ale w sposób lekki, wypośrodkowując skrajności. Zaprocentowało to bardzo szerokim przedziałem wiekowym i ilością odwiedzających. Było tak w zeszłym roku, kiedy to skupiono się na latach ‘80, w tym na stanie wojennym, było i w tym, gdzie Noc Muzeów odbyła się pod hasłem Zimna wojna - nogami w stronę wybuchu.

Skażenie w szczecińskim IPNie
Nuklearną tematykę można było poczuć już na wejściu - ulotki rozdawały osoby ubrane w stroje ochronne i maski przeciwgazowe. Cały teren Instytutu okazał się skażony, co oznajmiały żółte chorągiewki powbijane w ziemię. Stąd też możliwość przymierzenia prawdziwego kombinezonu przeciw promieniowaniu z czasów PRL i zrobienia sobie w nim zdjęcia - chętnych nie brakowało nawet wśród dorosłych. Jeśli ktoś ze zwiedzających podejrzewał u siebie działanie substancji radioaktywnych, mógł napić się płynu Lugola, który nie zawierał w sobie zbyt dużych ilości jodu, bo podawany był w postaci pysznej oranżady ze szklanych butelek, którą jeszcze na początku lat '90 można było wypić "na miejscu" w małych osiedlowych sklepikach.

fot. Liliana Boradyn

Strzałki wyznaczające kierunek zwiedzania wskazały drogę do piwnicy. Po przeciśnięciu się przez wąski ceglany korytarz oczom ukazał się... schron. Bo w razie ataku bombowego pracownicy szczecińskiej placówki mają się gdzie schować. Pomieszczenie wypełniała mała wystawa radiostacji. Ekspozycję uzupełnił wojskowy namiot szpitalny ustawiony na dworze.

Kontrastem dla archaicznego sprzętu były współczesne wozy straży pożarnej stojące za budynkiem. Dzieci bardzo chętnie korzystały z możliwości obejrzenia takiej maszyny od środka, a sympatyczni panowie strażacy pozwalali nawet na chwilowe włączenie syreny.
Klimat tworzony wokół wystaw w IPNie jest szczególny. Nikt nie patrzy się na zwiedzających jak na intruzów, goście są wręcz zachęcani, by coś wypróbować na sobie, czegoś dotknąć, o coś dopytać, czegoś posmakować. Mimo, że Instytut pełni poważną rolę w państwie, stara się podchodzić do jej prezentowania tak, by nikogo nie odstraszyć od zgłębiania historii.

Bardzo krótkie podsumowanie
Jest i morał tej historii. Nie trzeba mieć wielkich sal wypełnionych dziełami sztuki, a pomysł i chęć. Do miejsca, gdzie można ubrać na siebie stary gumowy kombinezon, napić się oranżady czy zapytać uśmiechniętej pani pilnującej sali o przybliżenie historii dawnych lat po prostu chce się wracać w każdą Noc Muzeów.