Poniedziałek - --
Wtorek - --
Środa - --

17-05-2011 13:15

Kiedy spalono instalację "Brama" Moniki Szpener w Parku Kownasa, to jedyną reakcją mediów - obok słusznego współczucia dla artystki - było piętnowanie wandalizmu tego czynu.

Oczywiście, zniszczenie dzieła było niewątpliwym aktem barbarzyństwa. Jednak medialna debata związana z tym smutnym wydarzeniem pominęła istotny problem: kwestię społecznej legitymizacji tego rodzaju dzieł w przestrzeni publicznej.

Mieszkam nieopodal Parku Kownasa i bywam w nim codziennie. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz zobaczyłem pracę artystki popadłem w irytację z dwóch powodów. W moim odczuciu "Brama" szpeciła urodę tego urokliwego parku. Ale nie o tym chcę pisać, bo gusta to rzecz trudno dyskutowalna, a - zapewne - takiej samej ilości osób to dzieło podobało się, jak i nie. Bardziej poirytował mnie fakt tego, że nikt nie zapytał mnie i innych użytkowników Parku Kownasa o to, czy ta praca powinna była tam stanąć. Nikt też nie próbował mnie przekonać do tej instalacji. Po prostu postawiono ją i tyle, mając w nosie to, co myślą o niej lokalni mieszkańcy.

Park to nie galeria, w której o doborze dzieł decyduje kurator. Park to przestrzeń użytkowana przez wielu mieszkańców miasta - w szczególności lokalne społeczności - którzy mają prawo do tego, by pytać ich o zdanie w kwestii jej zagospodarowania. Być może, gdyby artystka próbowała nawiązać kontakt z lokalną wspólnotą i w jakiś sposób zaangażować ją w przygotowanie "Bramy", to nie doszłoby do tego smutnego incydentu.

Artysta w realiach demokracji powinien być traktowany tak samo, jak każdy inny obywatel. Jeśli chce zaprezentować swoją pracę w takich przestrzeniach jak wspomniany Park Kownasa, to powinien liczyć się ze zdaniem jej użytkowników, dla których może ona stanowić istotny element ich lokalnego mikroświata. Przynajmniej w tym przypadku sztuka nie usprawiedliwia się sama.

Artykuł z numeru: [#1] 11/2010
0
komentarze