Wtorek - --
Środa - --
Czwartek - --

30-06-2011 19:39


Więcej filmów:
Monotonia.
Co pozostałoby z filmów Larsa von Triera, gdyby obedrzeć je z zazwyczaj głośnej otoczki? Z dzwonów zawieszonych w chmurach ("Przełamując fale"), grupy upośledzonych skandalistów ("Idioci"), rozśpiewanej pracownicy fabryki ("Tańcząc w ciemnościach") i nabrzmiałych penisów w leśnych ostępach ("Antychryst")? Każdy odpowie w zgodzie z własnymi upodobaniami, ja mówię: niewiele.


Dla niżej podpisanego von Trier jest tylko przeciętnym reżyserem pretensjonalnych obrazów z kilkoma przebłyskami geniuszu ("Królestwo" i "Dogville"), ale za to ponadprzeciętnym manipulantem emocji i hochsztaplerem ekranu, który skutecznie wmówił publiczności, że jest twórcą kina ważnego i wybitnego. Kino takie, jak wiadomo, porusza tematy ważkie i uniwersalne, należy zatem podchodzić doń z należytą powagą. Na seans najnowszego filmu autora "Europy" wybrałem się więc z hodowaną specjalnie na taką okazję brodą intelektualisty, w zamszowej marynarce, z tomem "Krytyki Politycznej" pod pachą i wyrobionym zdaniem na najbardziej palące tematy.

Ale do rzeczy. "Melancholia" to wątła historia nieszczęśliwej kobiety, z końcem świata w tle. Owa apokalipsa, spowodowana kolizją ziemi z wędrującą planetą, jest zresztą wypełniaczem i zarazem wabikiem - wiadomo bowiem doskonale, co najmniej od czasów słynnej audycji radiowej Orsona Wellesa, w której artysta czytał "Wojnę światów" i wywołał tym masową panikę, że nic tak nie przyciąga ludzi, jak katastrofa (nawiasem mówiąc, naukowcy donieśli ostatnio, że mają potwierdzone dane na istnienie planet-wędrowców). Wątek zderzenia Ziemi z Melancholią został jednak ledwo muśnięty, ale pewnie nie o to chodziło. Tytułową planetę można bowiem (i zapewne należy) odbierać jako metaforę wątku głównego -  największego, bo osobistego zagrożenia, ostatecznego końca "ja".

Jest to niestety metafora dość łopatologiczna i banalna, a sam film niewart głębszego namysłu, bo nie daje ku temu powodów ani nawet szans. Wszystko zostało podane na tacy, a bohaterowie wprost i ze śmiertelną powagą konstatują, że "świat jest zły". Wszyscy są jednowymiarowi: panna młoda wrażliwa i zagubiona, jej szef (prezes korporacji, a jakże!) pazerny i władczy, siostra dobra i opiekuńcza, mąż siostry chłodny i małostkowy, matka obu kobiet samotna i zgorzkniała. Trzeba jednak przyznać, że von Triera cechuje konsekwencja - od pierwszych scen raczy widza bombastycznym banałem (mniejsza już o to, czy świadomie), ukazując w zwolnionym tempie oniryczne sceny takie, jak czarny koń na łące, chłopiec strugający kawałek drewna czy spętana zielskiem panna młoda. Wszystko w rytm nieznośnie patetycznej muzyki, przy której dzieła Czajkowskiego jawią się jako szczyt minimalizmu. A przecież o przemijaniu można opowiadać cicho i bez patosu, o czym przekonują takie filmy jak "Inwazja barbarzyńców" Arcanda czy "Hana-bi" Kitano.

Jakby tego było mało, von Trier już na samym początku zdradza zakończenie, nic zatem dziwnego, że widz z niecierpliwością czeka na koniec - skoro wie, że i tak wreszcie nastąpi... Zanim tak się stanie, zobaczymy utkaną z luźnych sekwencji, nieangażującą opowieść jakich wiele. Niby reżyser portretuje życie, jednak niestety nie udaje mu się sprawić, aby widza obchodziło to, co dzieje się na ekranie. Zwłaszcza, że dzieje się niewiele. Być może tak właśnie wygląda depresja - ciąg ponurych scen
z pogranicza jawy i snu. Film ma podobno stanowić rozliczenie reżysera z własnymi demonami i to jest chyba klucz do rozgryzienia "Melancholii". Problem polega na tym, że nie ma sensu z takim hukiem otwierać drzwi, które od lat są nie tyle wyważone, co strzaskane na wióry. W tym kontekście kontrowersje związane z niby żartobliwą wypowiedzią artysty festiwalu w Cannes przybierają formę gorzkiej ironii - tam, gdzie wszyscy doszukiwali się rasizmu, nazizmu i kto wie czego jeszcze, zaistniał najzwyklejszy marketing. No cóż, jaka reklama, taki produkt.

dystr. Gutek Film
Artykuł z numeru: [#9] 07/2011
2
komentarze
dear sir.
would you watch carefully one more time this movie, and pay attention to the music of Wagner, which is a leitmotiv that builds up the form of it.
kind regards,
mr. T.
mr. trapman
14-10-2011 22:49:59
Would that change my view on the movie? I don't think so. :)
Author
19-10-2011 13:05:35