Wtorek - --
Środa - --
Czwartek - --

30-06-2011 22:00

Rozmowa z Darkiem Mikułą, dyrektorem Ośrodka Teatralnego Kana, organizującego m. in. Międzynarodowy Festiwal Artystów Ulicy Spoiwa Kultury, Międzynarodowe Spotkania Teatralne Okno oraz współorganizującego m. in. Przegląd Teatrów Małych Form Kontrapunkt.

Kim się czujesz: animatorem kultury, kimś kto kształtuje ofertę kulturalną miasta, czy przede wszystkim artystą?
-Artysta to człowiek, który ma za zadanie przede wszystkim zadziwiać samego siebie, a tym samym budować pewnego rodzaju wypowiedź artystyczną i szukać poprzez szeroko rozumianą sztukę spotkania z drugim człowiekiem, jednocześnie wzbudzając w nim ciekawość świata.
Animator to ktoś, kto ożywia, tchnie ducha w otaczającą rzeczywistość, inspiruje poprzez działania w kulturze (mówiąc o animatorze kultury). Według mnie pojęcie artysty i animatora zazębiają się ze sobą.
Daniel Brzeziński z Teatru Remus mówi, że animatorem jest ten, kto rozszerza pojęcie kultury i rozumie je inaczej niż potocznie. Bożena Szroeder (artystka, animatorka kultury z Fundacji Pogranicze) twierdzi, że animator - podobnie jak amator - musi być miłośnikiem i znać rzemiosło. Podobnie jak artysta musi znać swoje rzemiosło, musi posiadać umiejętność i wiedzę o tym, jakimi narzędziami operować, aby inspirować przez dzieło artystyczne.
Zygmunt Duczyński łączył, według mnie, te dwie funkcje: artysty i animatora. O tym świadczy sposób,w jaki zarażał teatrem, w jaki budował małą społeczność lokalną; nie tylko z ludźmi, z którymi współpracował w teatrze.
Kana jest miejscem, gdzie pojęcia artysty i animatora mieszają się ze sobą. Mnie Kana pochłonęła zarówno od strony czysto teatralnej, jak i w swoim działaniu animacyjnym. Zygmunt określał to jako robienie czegoś więcej niż własnego teatru. Aktorzy teatru są jednocześnie pracownikami ośrodka, który tworzymy. Z jednej strony pracują na swój rozwój artystyczny poprzez pracę nad spektaklem, z drugiej - biorą udział we wszystkich działaniach festiwalowych, projektach artystycznych itd.
Poza tym, mówiąc skromnie, nie powiedziałbym o sobie, że jestem artystą. Artystą być może udaje mi się od czasu do czasu być, bo aktorem się bywa, aktorem się nie jest.

Pierwszy festiwal, który organizowałeś w Szczecinie... Kiedy to było?
-Na początku były to jednorazowe spotkania z różnymi zespołami teatralnymi, pewna forma minifestiwalu. Chodziło nam o to, aby nie uprawiać jedynie "pokazywactwa". Jeżeli spotykamy się z ważnymi dla nas artystami, chcemy przedstawić ich w szerokim kontekście, poprzez spektakle, wystawy, warsztaty, spotkania, dyskusje. Taką właśnie formułę po raz pierwszy nadaliśmy spotkaniu z teatrem Grenland Friteater z Norwegii. To był rok 1990. Wtedy nie byliśmy jeszcze stowarzyszeniem, a jedynie nieformalną grupą teatralną przytuloną do Uniwersytetu Szczecińskiego.
W 90. roku powstał jeszcze projekt "Autsajderzy - przywoływanie obecności". To było krótko po powiewie wolności, który przeszedł przez nasz kraj. W idei Zygmunta ten projekt miał przywrócić obecność kilku bardzo ważnych zespołów teatralnych i artystów z kręgu alternatywy, których w Szczecinie w ogóle nie było albo byli pokazywani w sposób niszowy.
Zaczęliśmy od Teatru Ósmego Dnia. Znowu był to minifestwial teatralny. Podobnych imprez zrealizowaliśmy jeszcze kilka: był Teatr Provisorium, Grupa Chwilowa, był też Cricot 2 - już po śmierci Mistrza, ale to właśnie wtedy spektakl "Dziś są moje urodziny" zagrano po raz ostatni.
Pierwszym stricte festiwalem był Festiwal Okno, który po raz pierwszy odbył się w 1997 roku. Festiwal ten trwał kilka dni i był spotkaniem z kilkoma zespołami teatralnymi. Zrodził się z potrzeby umożliwienia szczecińskim zespołom teatralnym konfrontacji z zespołami z Polski. Na Oknie właśnie pojawili się też przedstawiciele naszego lokalnego nurtu alternatywnego w teatrze: ludzie tworzący obecnie Bramę, Krzyk, Teatr W Krzywym Zwierciadle.
Festiwal na początku organizowało dwóch młodych chłopaków, studentów filologii polskiej: Janek Turkowski i Piotrek Ratajczak (obecnie członkowie komisji artystycznej Kontrapunktu). Wtedy stwierdziliśmy z Zygmuntem, że warto dać im Kanę jako narzędzie, aby powstał taki festiwal jak Okno.
Z czasem Okno stało się dla nas nie tyle spotkaniem z artystami młodymi pod względem wieku, ale pod względem myślenia o sztuce. Okno otwiera się także na demonstrację pracy, na warsztaty, na prezentację tego, co ważne w teatrze.
A w 1997 roku pojawił się Festiwal Artystów Ulicy, duży festiwal plenerowy. Zrodził się on z ochoty stworzenia pewnego święta teatralnego. Czuliśmy potrzebę wyjścia na ulicę, ożywienia różnych miejsc w mieście. Mieliśmy ochotę na wyjście ze sztuką i teatrem do ludzi. I w tym roku organizujemy już 12. edycję tego festiwalu.

Festiwal Artystów Ulicy ewoluował w ciągu tych lat. Możesz o nim powiedzieć coś więcej?
-Gdy zaczynaliśmy robić ten festiwal zamykaliśmy ulice, na które wychodzili głównie buskerzy: artyści cyrkowi, grajkowie, kuglarze. Wtedy tego właśnie potrzebowaliśmy. Budowała się piękna atmosfera ulicznego działania. Jednak od samego początku marzyliśmy o tym, aby był to festiwal teatralny. Teraz można o nim powiedzieć, że jest festiwalem sztuk. "Spoiwa Kultury" pojawiły się pięć lat temu i ta nazwa oddaje charakter programu, nad którym pracujemy.
Wiele różnych festiwali, jak chociażby Malta, do której nie śmiem, ale też nie chcę nas porównywać, tematyzują swoje kolejne edycje. Programyustawiane są w określonym temacie, żeby festiwal nie był tylko pokazem różnorodności, ale żeby budził ciekawość i zainteresowanie widza danym problemem, obszarem, zagadnieniem.
Na początku dla nas ważne było to, aby wyjść na ulicę z sali, którą dostaliśmy w 1994 roku., ale która mieściła 100 osób. Zawsze czuliśmy zobowiązanie, że jeżeli coś dostajemy od tego miasta, to trzeba też coś temu miastu oddać. Zygmunt Duczyński zawsze miał w sobie odpowiedzialność za miejsce, w którym tworzył i za ludzi, dla których tworzył. Stąd też wypływała ta potrzeba ożywienia i tchnięcia ducha artystycznego i kulturalnego w miasto.

W jaki sposób powstał program tegorocznych Spoiw?
-Wiedzieliśmy, że w tym roku chcemy pokazać teatr z Petersburga - Teatro Di Capua. Jego szefem i autorem spektaklu, który będziemy mogli zobaczyć, jest Włoch, który już od wielu lat współpracuje z Rosjanami z zaprzyjaźnionego z nami Teatru AKHE. Spektakl "Maria de Buenos Aires" oparty jest na tangu Piazzolli, i usłyszymy w nim argentyńską śpiewaczkę.
I od tego zaczęliśmy budować program festiwalu.
Nie bez znaczenia jest fakt, że od kilku już lat utrzymujemy dobre kontakty z wrocławskim Brave Festival. We współpracy z nimi na Spoiwach pojawia się Teatr Kathakali z Indii i Tri Pusaka Sakti z Indonezji. Z kolei kontakty z Misją Buddyjską w Szczecinie pozwoliły nam zaprosić grupę mnichów z Tybetu.
Nie mogło zabraknąć także naszych przyjaciół z Japonii. Hiroko Komiya już wielokrotnie występowała w Szczecinie na projektach butoh. Tym razem przyjeżdża ze znanym japońskim muzykiem: Kazuya Nagaya, a koncert będzie poświęcony tragedii w ich kraju.
Za tym wszystkim stoi przede wszystkim chęć poznania "innego". Ale ten program ściśle wiąże się także z naszym jesiennym festiwalem. W październiku będziemy mieli szczęście gościć Odin Teatret. Wystąpią oni tylko w dwóch miastach w Polsce: we Wrocławiu w Instytucie Grotowskiego oraz w Szczecinie, w Kanie.
Chcemy tej grupie poświęcić dużo czasu: będą trzy prezentacje ich nowego spektaklu, będą monodramy, warsztaty, a także prezentacja najnowszej książki Eugenio Barby.

Jaką Twoim zdaniem powinno obierać się perspektywę, tworząc ofertę kulturalną miasta: tworzyć ją wyłącznie dla mieszkańców Szczecina, czy także dla mieszkańców pogranicza?
W naszych działaniach nie zakładamy, że uda nam się dotrzeć do wszystkich. Przede wszystkim myślimy o społeczności lokalnej. Festiwale robimy dla mieszkańców Szczecina, ale na przykład w poprzednich latach nasze działania ujmowaliśmy w projekt Transkultura*. W oparciu o wieloletnie doświadczenie i współpracę z ośrodkiem w Broellinie skupiającym artystów i animatorów kultury, staraliśmy się, aby nasza roczna oferta mogła docierać do całego regionu - Euroregionu Pomerania, właśnie poprzez Transkulturę.
Myślę, że to jest ważne, aby upowszechniać taką ofertę. Jednak nie byłbym skłonny do tego, aby programować festiwale pod kątem społeczności całego regionu.
Uważam, że ofertę związaną z działaniami dla całego Euroregionu należy budować w oparciu o wiele ośrodków i stowarzyszeń działających w Szczecinie. Myśląc o niej, należałoby myśleć globalnie o wszystkich ciekawych wydarzeniach: Boogie Brain, Szczecin Plus Music Fest, Kontrapunkt, Filharmonia, OFFicyna - dopiero to wszystko buduje jedną ofertę dla całego regionu. I ona gwarantuje, że każdy znajdzie w niej coś ciekawego dla siebie.
Inną kwestią jest umiejętność docierania z informacją. Transkultura była sposobem na komunikowanie się i szukanie jak największej ilości narzędzi służących do wymiany informacji. Poza tym, organizowaliśmy także pomoc komunikacyjną, aby łatwej można było dotrzeć do miejsc, gdzie odbywały się wydarzenia.
Szczecin 2016 rozwinął tę ideę poprzez szereg kontaktów z partnerami niemieckimi i polskimi. Teraz każdy z organizatorów stara się dotrzeć z informacją we własnym zakresie.

Jak ważne jest dla Kany animowanie, ożywianie poszczególnych miejsc w mieście?
-Szczególnie poprzez Spoiwa Kultury staraliśmy się odkrywać szereg ciekawych miejsc i terenów Szczecina. Podczas jednego z festiwali zorganizowaliśmy koncert z udziałem muzyków orkiestry operowej na schodach po byłym Konzerthaus, gdzie teraz powstaje Filharmonia. Potem nawiązaliśmy także kontakty z gminą żydowską i zorganizowaliśmy koncert klezmerski na podwórku byłej szkoły żydowskiej. Jeszcze później wspólnie z niemieckimi filharmonikami na placu Grunwaldzkim i podwórku jednej z przylegających kamienic zrealizowaliśmy projekt Orion. Muzyka miasta - powstała wtedy nawet specjalna kompozycja poświęcona Szczecinowi.
Poza tym współpracowaliśmy ściśle z festiwalem Musica Genera, który bodajże jako pierwszy zawitał na Łasztowni. Zauroczeni jej przestrzeniami, szczególnie terenem starej Rzeźni Miejskiej, zdecydowaliśmy się pokazać to miejsce jak największej ilości osób - tak powstawały kolejne odsłony projektu "Łasztownia/Lastadie". W międzyczasie narodził się projekt Weroniki Fibich "Przeprowadzka", zrealizowany na Niebuszewie. Obecnie projekt "W poszukiwaniu tożsamości miejsca", w ramach którego realizowane były te wszystkie rzeczy, to dla nas jeden z najważniejszych kierunków poszukiwań.
Tegoroczny festiwal odbywa się co prawda głównie w przestrzeni Zamku i nie wychodzimy, jak to często wcześniej bywało, z paradą na ulice, ale wynika to po prostu z określonych wyborów, z tego co w danym roku udaje nam się ciekawego znaleźć. Ale jeżeli chodzi o miejsca szczególny, to realizujemy na przykład cykl koncertów w Starej Cerkwi na ul. Wawrzyniaka.

Zatem jeżeli tylko powstanie pomysł, do którego sami będziecie przekonani, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby go zrealizować?
-Nigdy nie spotkaliśmy się z jakąś straszną barierą. Żeby wyjść na ulicę trzeba dogadać się ze służbami, które za te miejsca odpowiadają. Kiedy wchodzi się na podwórka, trzeba dogadać się ze wspólnotą mieszkaniową, wejść w społeczność lokalną. Staramy się zarażać i przekonywać przede wszystkim swoją energią i otwartością.

Tym samym zaprzeczasz obiegowej opinii, że w mieście pewne rzeczy trudno jest zrobić.
-Wierzę w to, że trudności pojawiają się i że mogą zaistnieć. Nie jesteśmy wyjątkowi, ale patrząc na historię, zawsze udawało nam się wszystkich przekonać do naszej pracy. Może wynikało to z dobrej energii, która towarzyszyła Zygmuntowi?
Prawdą jest też, że nie zrobilibyśmy żadnego festiwalu bez udziału takich instytucji kultury jak Zamek, Teatr Współczesny, Pleciuga, 13 Muz, Teatr Polski... Nie udałoby się bez ich ochoty i przekonania, że wspólnie robimy coś fajnego.
Poza tym, nie wyciągamy jedynie rąk do naszych samorządów, ale sami staramy się o różne dofinansowania. Tego nauczyliśmy się jako organizacja pozarządowa.
Jedyna rzecz, jaka mi się marzy, to zbudować na trawniku przy Kanie Studio im. Zygmunta Duczyńskiego - luźną, swobodną, dużą halę, w której można by zrobić wszystko. Takiej sali nie ma w Szczecinie.

Czego możemy Tobie życzyć? Czego Ci brakuje?
-Czasu. Tego chyba wszyscy moglibyśmy sobie życzyć nawzajem - żebyśmy mieli czas.
Być może właśnie temu będzie służyła nowa formuła Festiwalu Okno. Żeby nie budować festiwalu na zasadzie: kilka dni,wiele zespołów. Chcemy, aby to był festiwal może trochę trudniejszy w realizacji, ale skupiający się każdorazowo na jednym zespole teatralnym i starający się poznać go jak najlepiej. Budowany w cyklu kilku zbliżeń. Brakuje nam właśnie czasu dla takich spotkań.

* Projekt "Transkultura" był jednym z kluczowych elementów w aplikacji Szczecina o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016, promującym ideę transgranicznej współpracy w kulturze. To polsko-niemieckie przedsięwzięcie było finansowane do końca 2010 roku z programu Unii Europejskiej Interreg IVA.
Od początku 2011 roku odbywają się spotkania partnerskie w celu utworzenia polsko-niemieckiego związku podmiotów kultury.

Artykuł z numeru: [#9] 07/2011
1
komentarze
Wczorajszy spektakl "Samotni Wdrowcy z Labor" zabawny, ciekawie zagrany, poczuam si jak ludzie w dawnych czasach, gdy trupa przyjedaa do miasta...
kannowiczka
08-07-2011 13:39:13