Środa - --
Czwartek - --
Piątek - --

30-09-2011 19:22

Czy ktoś z czytelników SIC-a! pamięta jeszcze spektakl "Młoda śmierć" w reż. Anny Augustynowicz wystawiony w szczecińskim Teatrze Współczesnym? 1996 rok i premiera tego spektaklu to początek mającego się wciąż dobrze na polskich scenach teatru dokumentalnego.

Wystawienie w Szczecinie "Młodej śmierci" to rozpoznany i nazwany przez teatrologów akt założycielski pewnego, bardzo silnego nurtu w polskim teatrze, nurtu, który rozrasta się, ewoluuje i wciąż przyciąga tłumy widzów. A zaczęło się w Wielkiej Brytanii w latach 90-tych, a dokładnie w Royal Court Theatre pod dyrekcją Maxa Stafford-Clarka, gdzie pojawiły się wydarzenia nazwane mianem verbatim (od angielskiego określenia "dosłowny"). Verbatim szybko podbił Rosję i trafił do wielu krajów Europy, mocno odcisnął swoją obecność w Polsce. 

Na czym polega? "Autentyczni bohaterowie, prawdziwe historie, żywy język. Żadnej literatury" - tak reklamował się kilka lat temu głośny projekt Pawła Demirskiego Szybki Teatr Miejski w gdańskim Teatrze Wybrzeże. Punktem wyjścia tego typu twórczości było zatem wystąpienie przeciwko tradycyjnej praktyce teatralnej, czyli reżyserii dramatu, a w zamian - stworzenie wypowiedzi teatralnej na bazie tzw. faktów, czyli relacji prasowych, wypowiedzi autentycznych osób, czasem kanwą spektaklu stawał się też reportaż. Inspiracją do powstania spektaklu / performansu mógł być przekaz medialny, znaczące miejsce, znana opowieść historyczna. Często całemu przedsięwzięciu towarzyszył długi proces poszukiwania źródeł - przeprowadzanie wywiadów, podróże, powolne gromadzenie informacji, bez założonego z góry efektu końcowego.

To, co stało się produktem finalnym mogło mieć różny charakter. Wspomniana "Młoda śmierć" to zbiór prowokacyjnych mikroscenek napisany żywym, potocznym językiem niemal "spisanym" z codziennych rozmów młodych ludzi, "Łucja i jej dzieci" Marka Pruchniewskiego (grany także w szczecińskim Współczesnym) to dramat, który powstał na bazie reportażu o zabójstwach na noworodkach. Niewątpliwie teatrem dokumentalnym, w nieco innym wymiarze, można nazwać także słynny spektakl Jana Klaty - "Transfer", sięgający do autentycznych historii przesiedlonych Niemców, których zresztą można było w tym spektaklu oglądać. Inną formą dokumentu w teatrze są sceniczne czytania, np. reportaży prasowych - taki projekt w ostatnich latach oglądali widzowie warszawskiego Teatru Nowego pod dyrekcją Krzysztofa Warlikowskiego. Autorem przedsięwzięcia "Suchy Dok" był reżyser Marcin Liber, autor m. in. szczecińskiego spektaklu "ID", którego kanwą był m. in. reportaż Angeliki Kuźniak i Renaty Radłowskiej o niemieckich lekkoatletkach, którym podawano deformujące ciało sterydy.

Po co teatrowi dokument? Odpowiedzi może być kilka. Związek z popularnością tego nurtu ma oczywiście zmieniająca się rola teatru, jako miejsca, które chce uczestniczyć w żywej debacie publicznej. Nie bez znaczenia są także zmiany w sferze obyczajowej i społecznej, które dotknęły politycznie budującą się na nowo Europę. Ważna pozostaje rola wciąż rosnących w potęgę mediów. Przeciwnicy teatru dokumentalnego mówią o jego doraźności i przemijalności, a czasem złudnej idei przedstawienia na scenie "najprawdziwszej prawdy". Niewątpliwie spektakle tego nurtu potrafią dotknąć emocji widza tak samo mocno jak znudzić nachalną publicystyką, czy politycznym zaangażowaniem. Teatralny dokument wciąż ma się jednak całkiem dobrze i z nurtu alternatywnego przechodzi do ofensywy.