Poniedziałek - --
Wtorek - --
Środa - --

15-10-2011 12:04


Więcej filmów:
Znacie to uczucie, kiedy po koncercie macie wielką ochotę i niesamowitą potrzebę zakupienia całej dyskografii (ewentualnie uzupełnienia braków) właśnie słyszanego zespołu? W moim przypadku jeśli tak właśnie jest, oznacza to tylko jedno: koncert był znakomity.

Te właśnie uczucie dopadło mnie ostatnio, kiedy wychodziłem z kina po filmie Camerona Crowe'a.

Dokument zrealizowany z okazji dwudziestolecia istnienia kapeli Pearl Jam był arcyciekawym doświadczeniem audio-wizualnym. Pisząc te słowa, mogę stwierdzić, że emocje już trochę opadły, a tym samym zapał uzupełniania płytoteki też zmalał, ale...

Pearl Jam zawsze ceniłem, szanowałem, ale fanem nie byłem. Numery z radia i telewizora znam i lubię, ale płyt nie posiadam. Pewnie wiecie, co mam na myśli. Film trochę otworzył oczy. Vedder, Ament, Gossard, McCready i Cameron to świetni goście. Mówią z sensem, sposób na życie i tworzenie mają znakomity, choć nie przystający do tych czasów. Posiadają spore poczucie humoru i przede wszystkim są szczerzy. Bije od nich niezwykła naturalność, wrażliwość i spokój. I co chyba najważniejsze w tym całym "bajzlu": muzyka jaką tworzą wypływa z przyjaźni do siebie i miłości do samego aktu twórczego.

Sam film jest wzorowy pod względem montażu obrazu i muzy. Reżyser (skądinąd wielki miłośnik muzyki rockowej) z pasją prezentuje losy jednego z najważniejszych współczesnych zespołów rockowych, umiejętnie równoważąc czas projekcji między "gadające głowy" a samą muzykę. Wielka szkoda tylko, że nie pokusił się o opowiedzenie o działalności kapeli po 2000 roku, zbyt dużo miejsca poświęcając początkowemu etapowi i największej popularności. Wszak Pearl Jam to nie tylko lata dziewięćdziesiąte, zespół istnieje, ma się dobrze i nagrywa z nie mniejszą werwą pisząc historię rocka w dalszym ciągu.