Poniedziałek - --
Wtorek - --
Środa - --

05-11-2011 18:20

Sobota. Godziny mocno wieczorne. Pociąg relacji Angermunde - Szczecin. Na początkowej stacji wsiada pięciu mężczyzn. Rozmawiają po niemiecku, ale łatwo dostrzec, że pochodzą z jednego z krajów Bliskiego Wschodu. A może Turcji?
Towarzyszy im niezawodny kompan, czyli wódka. Polska oczywiście. A o kim mogą faceci rozmawiać przy plastikowym kubeczku wypełnionym bardzo mocną cieczą? Chodzi oczywiście o kobiety. W tym konkretnym wypadku - szczecinianki.


Okazało się, że na oko trzydziestokilkuletni mężczyźni jechali na imprezę do Grodu Gryfa nie po raz pierwszy. Orientowali się w naszych realiach znakomicie. Każdy z nich potrafił nawet wykrztusić z siebie kilka podstawowych, ale kluczowych polskich zwrotów. Jednak na jaw wyszło, że na szczecińskich dziewczynach nie robi to żadnego wrażenia.
Jak więc "wyrwać panienkę" na szczecińskiej popularnej dyskotece? Podać się za Włocha. Grzecznie przedstawić się i powiedzieć "na imię mam Giovanni". Potem już jakoś pójdzie. Dorzuci się jeszcze słowo "bello" i sprawa załatwiona. To najlepszy wab na dyskotekowe dziewczęta. Przecież żadna nie sprawdzi czy facet mówi prawdę. Ciemna karnacja, brązowe oczy. To wszystko robi piorunujące wrażenie. A mówią to ludzie doświadczeni, którzy z niejednego pieca chleb jedli.

Potem wystarczy postawić dziewczynie drinka. Powinien być kolorowy, względnie drogi, mieć ładną i egzotyczną nazwę. Operację tę należy powtórzyć. Czasami nawet kilka razy. Ale efekt końcowy jest prawie zawsze taki sam. Zwycięstwo, szalona noc, radosne podrygiwania na parkiecie zakończone spotkaniem sam na sam.

Prawie całą treść pociągowej konwersacji będę starał się zatrzeć, zapomnieć. Bo wnioski są smutne i oczywiste. Postaram się jednak zapamiętać jedno kluczowe i nieskomplikowane zdanie: "szczecińskie dziewczyny są najpiękniejsze". Nie wypada z tym przecież polemizować...