Sobota - --
Niedziela - --
Poniedziałek - --

24-11-2011 13:30

O najnowszej książce, telewizji jej skutkach i wspólczesnym świecie opowiada Andrzej Te - autor ksiażki "Dzieci TV" wydanej jesienią przez wydawnictwo Jirata Roja.

Mówisz o sobie jako o "nieszczęsnym członku pokolenia Dzieci TiVi". Jakiej krzywdy doznałeś od TV? Skąd ta surowa ocena?

-Teksty z okładki są tekstami stworzonymi przez wydawnictwo. Generalnie teksty tego typu - jak zapewne wiesz - to teksty promocyjne, mające na celu zachęcenie czytelników do sięgnięcia po lekturę. Oczywiście ja je zaakceptowałem, więc zgadzam się z nimi w takim czy innym stopniu, tak samo jak zgadzam się i akceptuję różny, często skrajny odbiór tego, co piszę i publikuję.
Czy czuję się nieszczęsnym członkiem? Pewnie w jakimś sensie tak, jak każdy członek, przynależący do jakiegoś większego zbioru członków i członkiń, mam powody do frustracji, lepsze lub gorsze.
Czy telewizja mnie skrzywdziła? Nie czuję się człowiekiem skrzywdzonym w ogóle, no, może trochę, ale na pewno nie przez telewizor ;-)
Sądzę jednak, że komercja, konsumpcjonizm, pozerstwo, lans, zmiany zasad i norm w imię zmiany mód i trendów oraz upadek zasad moralnych w ogóle, spowodowany właśnie tą idiotyczną pogonią za kasą i propagandą "amerykańskości", którą serwuje nam telewizja, to po prostu nie świat dla mnie. W Dzieciach TV (DTV) daję temu wyraz. W książce tej starałem się pokazać dwie rzeczy:
  • moją osobistą, odautorską złość, gniew, kontestację obecnej rzeczywistości "globalnej", w której się nie odnajduję, co mnie zresztą smuci i przygnębia, bo łatwiej żyć w zgodzie ze światem.
  • swoiste przerysowanie stylu i schematu fabuły telewizyjnego filmu sensacyjno-kryminalnego rodem z USA lub filmów Pasikowskiego lub surrealistycznej telenoweli typu "Pierwsza miłość".
Starałem się pokazać (męskich) bohaterów uwikłanych w iście telewizyjne dylematy. Wulgarnych, zewnętrznie silnych, wewnętrznie rozbitych, na bakier z prawem, z grymasem na twarzy, takich, których mógłby polubić widz, lecz staram się ich pokazać w stanie swoistego rozkładu, bezsensownego buntu, plus ze stanowczą narracją, która w dość nachalny sposób mówi czytelnikowi/widzowi jak ma myśleć, mówić, robić - żyć. Narrator i wybrani bohaterowie DTV "uczą życia", tłumaczą rzeczywistość tekstami, frazami, monologami, dialogami w stylu Bogusława Lindy z "Psów", "Sary", "Dnia Sekala", Chyry z "Komornika", Pazury z "Chłopaki nie płaczą" (z polskiej kinematografii) i niezliczenie wielu innych z kinematografii zagranicznych, choćby francuskiej ("La Haine"), rosyjskiej ("Brat" I i II) i amerykańskiej (choćby filmy Quentina Tarantino, oczywiście). Tak właśnie uczy życia telewizja, film tzw. kultowy.
Jest to fajne, bo ładnie wygląda (nawet, gdy jest brzydkie), harmonijnie i sensownie brzmi i - przede wszystkim - działa na emocje i wyobraźnię. Ale jest też do kitu, bo się w życiu nie sprawdza, a że się nie sprawdza, to wie doskonale każdy, bo wie, że to "TYLKO telewizja", ściema, jednak i tak po odejściu sprzed telewizora/monitora, na pięć minut przed zaśnięciem, ten Każdy zaczyna reżyserować swój własny film, w którym jest takim samym (np.)głównym- bohaterem-twardzielem-Jamesem-Bondem (w przypadków mężczyzn).

Mimo, że ogólnie wszyscy wiemy, że telewizja "kłamie", że to nieprawdziwa rzeczywistość, że zawsze możemy tę telewizyjną fikcję, "papkę" wyłączyć, a telewizor schować do piwnicy, szafy, to już nie potrafimy odłączyć się od naszych telewizyjnych "bohaterów", naszych władców dusz, od ich postaw, zachowań, gestów, "sposobów myślenia", które mimowolnie zaczynamy kopiować i testować w realu. Nie potrafimy i w pewnym momencie już nie chcemy wyłączyć z kontaktu wtyczki, dzięki której nasza nierealna projekcja zaczyna pokrywać tę, która jeszcze do niedawna była czymś tylko naszym, czymś, co nas określało i odróżniało od "tych innych", od reszty.
Współczesna telewizja (i wszystko to, co ona symbolizuje i uosabia, ta cała globalizacja/unifikacja gustów, marzeń, trendów i myśli) po prostu zabija indywidualizm. Przeciwko temu buntowałem się, pisząc DTV, które powstawały w latach 2001-2006. Cześć z opowiadań publikowana była w tamtym czasie na łamach magazynów: "Portret", "Parnasik", "Pro-arte".  

Czy identyfikujesz się z którymś ze swoich bohaterów?

Identyfikuję tak samo, jak z każdym bohaterem filmu, który mam okazję oglądać w TV. Oczywiście tworząc bohatera, w pewnym sensie wcielam się w niego. Gdy tekst jest skończony i opublikowany, bohater i świat, w którym on funkcjonuje, autonomizują się, zaczynają pisać swoją własną opowieść.

Na okładce książki można przeczytać, że świat to gra, w którą musimy grać i że bez względu na wynik wszyscy jesteśmy przegrani. Na ile, jako osoba, nie podmiot liryczny, możesz podpisać się pod tym stwierdzeniem?

Na tyle, na ile mogę się podpisać, na tyle się podpisuję.

Jeżeli TV jest "nowym Bogiem" , jak czytamy na okładce książki , jto co się stało z "prawdziwą - starą wiarą"?

A co to jest "prawdziwa wiara"? Wiara w Buddę, w Jahwe, w Mahometa czy w Ojca Narodu? A może wiara we własne możliwości? Może wiara w swojego partnera/partnerkę? A może w Lady Gagę?...

Przedstawiasz swoich bohaterów poniekąd jako ofiary własnych czasów, czy widzisz dla nich jakieś wyjście, czy przebudzenie powinno być wynikiem autorefleksji czy brutalnym bodźcem zewnętrznym?

Nie liczyłbym na przebudzenie. To miały być, w pewnym przewrotnym, groteskowym sensie, postaci tragiczne.

Pochodzisz ze Szczecina. Przez jakiś mieszkałeś we Wrocławiu. Co spowodowało, że wróciłeś tutaj?

A cóż to ma wspólnego z DTV? Jeżeli tak w ogóle jest/było... 

Dlaczego piszesz pod pseudonimem? Czy prowadzisz jednocześnie inne projekty?

"Andrzej Te" to coś na kształt bohaterów doniesień medialnych w stylu "Marek S. jest podejrzany o... Postawiono mu zarzut... Toczy się postępowanie...". Jest to ochrona moich danych osobowych i życia osobistego, które z powodu chęci pisania i publikowania, w jakiś sposób narażone są na zakłócenia zewnętrzne. Jestem zwolennikiem teorii, że dzieło/książka żyje własnym życiem po jego/jej napisaniu i wydaniu. Moje życie osobiste może sobie trwać bez widzów i dobrze mu z tym, mnie dobrze, wręcz doskonale. Książka bez czytelnika po prostu nie może istnieć, dlatego wypada ją upublicznić, warto by ktoś o niej pamiętał.  

Trudniej jest napisać czy wydać książkę w Polsce?

Punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia.

Kolejne plany wydawnicze?

Plany zawsze jakieś są. Gorzej z ich realizacją.