Niedziela - --
Poniedziałek - --
Wtorek - --

07-12-2011 10:35

O "balangach, pijaństwie i seksie". Rozmowa z Katarzyną Szeszycką, jedną z najciekawszych i najważniejszych malarek młodego pokolenia.

Dziś granica między sztuką popularną a wysoką jest płynna. Ty uznajesz to zjawisko za pozytywne. W swoich pracach z przekorą balansujesz pomiędzy tymi dwiema kategoriami. Momentami świadomie przekraczasz granicę banału. Czy na tym dziś właśnie polega Twoim zdaniem kwestia ryzyka artystycznego?
Nie ma już żadnego ryzyka artystycznego. Wszystko już było. Czy ryzykiem w moim wydaniu byłoby niezważanie na szufladkę artysty tworzącego w archaicznym medium, czyli malarstwie, który w swojej twórczości dotyka tematów prostych i codziennych?

Twoje malarstwo jest trochę ironiczne, a trochę naiwne w formie przekazu. Mimo, że wydaje się z pozoru niewinne, to często towarzyszy mu mocny, hardcorowy akcent. Lubisz grę sprzeczności?
Lubię ekstrema! (śmiech)

Ktoś mi kiedyś złośliwie powiedział, że malarstwo Szeszyckiej to takie komiksowe opowiastki o balangach, seksie i pijaństwie...
Pijaństwo, balangi - ok. Ale gdzie ten seks? (śmiech) Każdy oczywiście ma prawo czytać moje prace na swój sposób. Obraz nie jest dla mnie nośnikiem konkretnych treści zasugerowanych bezpośrednio w samym temacie. To zadaniem widza jest odnajdywać dzięki niemu to, co ma w sobie.

Często posługujesz się retoryką kontestacji. Czy sztuka jest dla Ciebie narzędziem i formą dyskusji?
Przeciw czemu miałabym protestować? Zbyt dużo zjawisk wymaga protestu i zmiany (śmiech). Jestem "obok", nie "przeciw". Przychodzi taki moment, kiedy przestajesz być przeciw głośno. Jesteś przeciw w działaniu, w swoim najbliższym otoczeniu. Na tym polu, na którym masz wpływ i - w związku z tym - największe szanse na realną zmianę. Stąd artystyczne działania w przestrzeni miejskiej.

No właśnie. Gdy myślę o Twoich akcjach ulicznych, to przypomina mi się wypowiedź Joanny Rajkowskiej: "Nie chcemy być pouczani, chcemy współrządzić. Nie my-artyści, lecz my-obywatele mamy prawo do współkształtowania przestrzeni publicznej". Czy artysta, to działacz społeczny? Jeśli tak, to czy czujesz jakąś powinność, jakieś obowiązki związane z tą rolą?
Kontakt bezpośredni umożliwia wpływ. Jasne, że możesz wierzyć w to, że sztuka może przenosić góry i dokonywać wielkich zmian. Ja jednak patrzę na to może skromniej, może realniej. Dlatego malarstwo jest dla mnie swobodne. Nie obciążam go. Jest ono dla mnie nośnikiem prywatnych treści i takie znajdują w nim odbiorcy. Staram się zmieniać otoczenie wchodząc w przestrzeń miasta - realnie, działaniem. Na zasadzie dopełnienia i zwrócenia uwagi.

Przykład?
Przykład - szum w mieście odnośnie finansowania artprojektów. Piszemy swój i przeprowadzamy demonstrację daj hajs na art. Nie chcemy więcej niż realny koszt projektu, co też uważam za zjawisko niszowe (śmiech). I udaje się - dostajemy 500zł. W sam raz na benzynę. Pokazuje to surrealistyczność zasad finansowania sztuki. Innym razem opowiem Ci o tym kto, kocha Szczecin (śmiech).

Wróćmy do malarstwa. Wiele z Twoich prac można odczytywać jako swoistą opowieść o życiu pokolenia, które funkcjonuje w konkretnym pejzażu ideologiczno-społecznym. Czujesz się rzecznikiem tego środowiska?
Każdy kimś jest i każdy jest skądś. Też pochodzę z pewnego otoczenia, czy też wielu jednocześnie, i wiem, ile one mi dają. Możliwość bycia w nich to worek inspiracji bez dna, małe światy, które są wszechświatami każdego z ludzi wokół mnie. Są piękne, czasami zabawne, po prostu malownicze. Więc je maluję lub zamykam w wideo. Nie jest to analityczna twórczość, jakieś skrzyżowanie dziennika z reportażem. To, że pokazuję swój mikrokosmos wynika przede wszystkim z powodów warsztatowych.

Nie uznajesz sztuki konceptualnej, problemowej?
To, że nie stosuję jej w moim malarstwie, nie znaczy, że jej nie uznaję. Malując realistycznie, nie mam potrzeby tworzyć do tego konceptu innego niż przedstawienie, problem koloru, problem kompozycji, równowagi obrazu. W centrum mojego obrazu jest człowiek i myślę, że wszystko, co dzieje się "wokół" jest czytelne dla odbiorcy. Siła tkwi w prostocie. Zobacz co wygrało najważniejszy konkurs malarski w Polsce, "Bielską Jesień": malarstwo realistyczne, ale jakże proste!

Nie boisz się, że tzw. "nowe media" staną się zagrożeniem dla malarstwa?
Umiejscowienie malarstwa jako takiego w dobie mixmediów jest problemem krytyków od dawna. Ale zobaczysz, że malarstwo pomimo swojej archaiczności i tak to przetrwa. Jest podstawą sztuk pięknych, nie każdy możne je uprawiać, to jest bardzo selektywny zawód. Czekam na ten kierunek na naszej Akademii, malując nadal z czystej przyjemności.

Jednakże sama często wchodzisz w mariaże z innymi formami aktywności artystycznej...
Przez całe studia działałam dwutorowo: nowe media i klasyczne malarstwo. Ale w pewnym momencie trzeba się skonkretyzować, by w czymś być naprawdę dobrym. Dotykając iluś mediów nie jestem w stanie we wszystkim być najlepsza. Niewielu z nas jest ludźmi renesansu. Dlatego lubię wchodzić we wszelkiego rodzaju kolaboracje. Teraz współpracuję z Konradem Królikowskim, najlepszym fotografem w mieście (śmiech).

Na ile praca w tandemie zmienia optykę patrzenia na własną twórczość? Jak oceniasz tę relację?
Każdy z nas wnosi swoją wartość, jakość, wrażliwość. Przenikamy się, uzupełniamy tworząc z jednego punktu wyjścia. Praca malarza jest pracą samotnika, a dla mnie każde nowe poznanie daje energię. Mam pokorę w słuchaniu ludzi. Zawsze szukam w nich tylko dobrych rzeczy - dla mnie szklanka wody zawsze jest w połowie pełna. W moim wieku jest to świadoma naiwność, ale też o wiele przyjemniej się tak żyje. Bo co dajesz, to wraca. I na pewno dzieje się tak przy kolaboracjach artystycznych, bo zawsze takie działanie jest bogatsze o wrażliwość drugiego człowieka (z podziękowaniem dla Hani Szutowicz).

Na wiosnę planowana jest wystawa twoja i Konrada, w Muzeum Narodowym w Szczecinie.
Sama jestem ciekawa tej wystawy. Moja twórczość w żadnym wypadku nie jest zamkniętym procesem. Każdy nowy cykl, każdy nowy projekt, to chęć odkrywania nowej estetyki. Chciałabym mieć zawsze w sobie właśnie taką swobodę, nie zamykać się, zmieniać, kreować na nowo. Process in progress - all the time.

W październiku prace Kaśki Szeszyckiej można było zobaczyć na prestiżowym X konkursie im. Gepperta we Wrocławiu [Galeria Awangarda], teraz można je oglądać w Szczecinie na wystawie 100-lecie ZPAP na Zamku Książąt Pomorskich [Galeria Północna], od 18.11 w Norymberdze na wystawie Made in Poland [Dom i Wieża Krakowska].
Szeszycka pracuje na Akademii Sztuki w Szczecinie w Pracowni Malarstwa i Rysunku prof. R. Tokarczyka.
W 2011 miasto Szczecin zaprosiło ją do projektu Ambasador Szczecina. (A w 2012 może nam zrobi jakiś fest w mieście :P)