Poniedziałek - --
Wtorek - --
Środa - --

12-12-2011 17:23

Myśląc o temacie przewodnim magazynu próbowałam przypomnieć sobie filmy z motywem podróży. Filmy drogi stanowią prężnie rozwijający się podgatunek, bowiem zawsze są powody by ruszyć w podróż: uciekając, buntując się, chcąc zmienić siebie, świat lub po prostu przeżyć przygodę życia.

Motyw podroży w filmach rozwijał się głównie w kinie amerykańskim, a to za sprawą kultury beatników, ceniących sobie wolność i niezależność, rodem z książki "On the Road" Jacka Kerouaca, co przy okazji doskonale korespondowało z amerykańskim ego oraz różnorodnością krajobrazów towarzyszących wędrówce bohaterów. Nie można jednak uznać, że gatunek ten nie miał swoich odpowiedników w kinie europejskim, jak "La strada" F. Felliniego, "Zabriskie Point" M. Antonioniego czy "Paryż, Texas" W. Wendersa.

Kategoria ta nie odnosi się wyłącznie do egzystencjalnej wędrówki, choć faktycznie na końcu większości dróg czeka refleksja i rozwiązanie. Czy jednak nie jest to wymóg kina, aby usatysfakcjonować widza dając mu poczucie, że przebyta droga nie była pozbawiona sensu, a stanowiła podróż duchową? I że warto było ją pokonać nie dla samych widoków za oknem pociągu ("Pociąg do Darjeeling"), autobusu ("Priscilla, królowa pustyni") bądź auta ("Urodzeni mordercy", "Dzikość serca")?
Niestety, wielokroć była to podróż do śmierci stanowiącej przypadek ("Into the Wild" S. Penna) lub był to wybór bohatera, który decyduje jak kończy się jego droga. Było tak w przypadku Thelmy i Luizy w filmie R. Scotta (nieliczny przypadek kobiecego kina drogi),w przypadku Kowalskiego w "Znikającym punkcie" R. Sarafina, czy bohatera klasyki gatunku - "Easy rider'a".

Dlaczego pociąga nas kino, którego fabuła jest dość powtarzalna, a bohaterowie są buntownikami, o których w życiu codziennym powiedzielibyśmy, że są niesubordynowani lub narzekają, bo im się nie układa? Jednak kibicujemy im na ekranie, śledzimy losy, jakby zazdroszcząc odwagi, że potrafili wybrać siebie i wolność, nawet jeżeli trwało to tylko chwilę.

Niekiedy podróż w swych założeniach nie jest ideowa, a celowa, jak w "Prostej historii" D. Lyncha. Tutaj motywem wyruszenia w drogę nie była chęć ucieczki czy walki z systemem lecz chęć spotkania z bratem. Podobnie było w przypadku Billego Murray'a, poszukującego nadawczyni różowego listu w "Broken flowers" Jima Jarmusha, który notabene stworzył kilka niekonwencjonalnych obrazów drogi jak "Truposzu" czy "Ghost dog".

Niestety mijający rok nie zrewiduje mojej listy road movies. Z niecierpliwością czekam co przyniesie kolejny, może "Podróż za jeden uśmiech"...