Wtorek - --
Środa - --
Czwartek - --

18-05-2011 15:47

Jak tamten stuknięty farmaceuta z Chicago ganiający o świcie na golasa po parku, my również mieliśmy niezły ubaw, krążąc bez celu w poszukiwaniu czegoś interesującego w tym połatanym krajobrazie.

Pola i fabryki, panoramy złożone z nieużytków, fragmentów dróg, których nie wybraliśmy, przestrzenie wspinające się między odległe zabudowania i przerażające, nieruchome lasy powyciągane z niedoświetlonych horrorów, miejsca pozbawione nazw, wszystkie jak znaczki w strzaskanym klaserze, nieprzytomne światła samochodu otulone ciemnością wzdłuż niekończącej się drogi przez Ohio, Lake Michigan, Nebraskę - "ciemną jak tyłek nietoperza" z piosenki, którą złapało nasze roztargnione radio gdzieś między Des Moines a Omahą. Gdzie my w ogóle nie byliśmy?

Niczym dygresja na temat gospodarki wolnorynkowej podczas wykładu z mikologii, no wiecie, kiedy umysł błądzi trochę bez sensu jak kot w pudle po butach porzuconym na skraju opustoszałej plaży, po prostu ciągnęło nas do przodu to dziwne wycie w powietrzu, policyjne światła na skraju miasta, przypadkowe pożary, kłęby fioletowych oparów nad zakładami chemicznymi, coś w rodzaju niepewnego olśnienia, które zjawia się znienacka i po chwili gaśnie w objęciach jakiejś nieokreślonej geografii. No i w końcu trafiliśmy do miasta, w którym ten facet mógł być szeryfem albo strażnikiem w zoo.
Ciemna sylwetka w drzwiach ciasnej knajpy. Surowa góra majestatycznego mięsa w beżowym mundurze. Wyglądał jakby dla zabicia czasu grywał w golfa z niedźwiedziami. I poczuliśmy, że cztery kilogramy kokainy ukryte w bocznych panelach pod tapicerką piętnastoletniego forda stojącego na zewnątrz zamieniają się w niewygodne wakacje na koszt lokalnych podatników. Czyżby? Jakiś wytatuowany po zęby koleś z głębi sali ruszył w stronę szafy grającej i po chwili zwaliły się na nas dźwięki rozdzieranego nieba, pił tarczowych i ksylofonu wciśniętego między połamane gitary. Reszta instrumentów prześliznęła się niespostrzeżenie w refrenie jak buldożer w cieniu młodych jagniąt. To było gorsze niż ostatnia płyta T...
Na szczęście sześć minut później było po wszystkim. I wtedy zawróciliśmy do domu.
Artykuł z numeru: [#2] 12/2010
0
komentarze