Niedziela - --
Poniedziałek - --
Wtorek - --

04-04-2012 08:46

Słowo design robi furorę. Dobrze brzmi, schludnie wygląda. Wypiera zatem rodzime wzornictwoprojektowanie. Jest cool, trendy i supcio. Używane bardziej intuicyjnie niż precyzyjnie, panoszy się zarówno w przestrzeni wirtualnej jak i fizycznej, firmuje najróżniejsze działania i niekiedy prowadzi do dezorientacji.

de... co?
Nie tak dawno w Szczecinie miał miejsce festiwal Kids Love Design. Dla kogoś, kto zajmuje się dzieciństwem, na wskroś ciekawe wydarzenie.

Bo owszem, dzieciaki kochają design, ale chyba zupełnie inaczej, niż chcieliby tego dorośli. Pierwsi mają zwykle radochę z samego projektowania, drudzy życzyliby sobie zobaczyć efekt końcowy - ten z kolei dzieci nieszczególnie interesuje. No i pierwszy konflikt międzypokoleniowy gotowy.

Cóż, myślenie projektem jest dzieciom raczej obce. Zabawa w projektowanie może przypominać niekończącą się opowieść, ostatecznie porzuconą dla jakiejś innej czynności. Doskonale pokazuje to zabawa w planowanie... zabawy. Może trwać godzinami, a co do czego, wymyślone z najmniejszymi szczegółami, po tysiąckroć zmodyfikowane wydarzenie i tak się nie wydarzy. Bo i po co?

Swojego czasu była o to nawet draka w nauce. Zastanawiano się, czy w ogóle można mówić na przykład o dziecięcej sztuce - skoro artysta jest tym, który nad talentem panuje, a dziecko może być co najwyżej przez talent opanowane. Sporu nie rozstrzygnięto. W porę ktoś zauważył, że przy takiej definicji należałoby zrzucić kilka nazwisk z panteonu wielkich artystów. Takiej odpowiedzialności nikt by nie podołał. Odwrócono zatem kota ogonem i skonstatowano, że artyzm i dziecięctwo (nie mylić z infantylizmem) leżą blisko siebie. No, coś w tym jest. Van Gogh słynne słoneczniki malował i malował, dosłownie jak dziecko, które zawiesiło się na temacie, i choć powinno już dawno od malowania słoneczników przejść do konwalii, ono ciągle o tym samym. Jest w tym sens... Nie bardzo szanowany w edukacji.

Plakat z klocków Lego
Nie będę pisać o tym, co w ramach festiwalu się działo. Przejrzyjcie program, witrynę, przeczytajcie komentarze. Było ciekawie. Zwrócę tylko uwagę na plakat promujący wydarzenie.

Jest na nim coś, co przypomina ludziki Lego - znak rozpoznawczy dla tych młodziutkich, jak i i tych sporo starszych. Coś, co wydaje się, że łączy pokolenia, w rodzicach budzi sentymenty, porusza nutę nostalgii i... chwilową ochotę na budowanie. Tyle, że świat się zmienia, a klocki Lego z nim.
Pokomplikowały się, mocno zróżnicowały, wykwalifikowały. Z perspektywy ekonomii firmy - fantastycznie, z punktu rozwoju dzieci - zdecydowanie gorzej. Zresztą, dzisiejsze dzieci szybko przestają bawić się klockami, a zaczynają w Lego grać w Internecie. Cóż, przyszłość jawi się raczej bardziej wirtualna niż namacalna.

Jeśli chłopiec potrzebuje błotnik do auta Lego, weźmie klocek, który mu go przypomni. Gdy chwilę potem pomyśli, że powinien on być czarny nie szary, po prostu powie do kolegi: mój błotnik jest czarny, dobra? Zaczaruje go słowem i w zabawie - wierzcie mi - to będzie czarny błotnik. Ta luka między tym, co się ma, a czym kilka klocków połączonych ze sobą jest w zabawie, to najlepsza rzecz, jaka może się zdarzyć.

Dlatego tak bardzo niepokoi, gdy dziecko musi k o n i e c z n i e  mieć czarny błotnik z określonego kompletu. Oznacza to, że mentalnie zmienia się w starego zgrzybiałego kolekcjonera, który czerpie radość z obcowania z przedmiotem, a nie z twórczości i zabawy. Coś go niechybnie pozbawiło fantazji, ograniczyło jego wyobraźnię.

Seriale dla dzieci i emerytów
Bądźmy szczerzy: dzieciństwo to królestwo kiczu. My możemy serwować dzieciom Bacha, a one i tak będą kochać Shakirę za rytm i szeroki uśmiech. Możemy pokazywać oryginalne maski weneckie, a one będą marzyć o masce Lorda Vadera.

Kultura masowa jest jakby stworzona dla dzieci i dla nastolatków. Kicz dla nich jest zrozumiały, pozbawiony komplikacji, uproszczony i niejednokrotnie wybujały. Subtelność jest czymś, czego dziecko dopiero się uczy, czego nabywa wraz z doświadczeniem. Może człowiek musi naczytać się i naoglądać różnej szmiry, by zacząć czuć jej jakość, zauważać kalki. Seriale wenezuelskie oglądają najczęściej emeryci i okołodziesięcioletnie dziewczynki. To nie jedyna rzecz, która łączy te dwie kategorie społeczne.

Coraz częściej mówi się, że podział na dzieci i dorosłych jest pozorny. Jeszcze jakoś utrzymuje się w szkole, anachronicznej instytucji, ale w kulturze już częściej mówimy o podziale na konsumentów i niekonsumentów; tych, co kasę mają i tych, którzy o niej marzą. Konsumenci to ludzie w sile wieku, niekonsumenci: dzieci i emeryci. Doskonale to rozumieją producenci, w produkty dla dzieci wciskają fragmenty własnego dzieciństwa. Cicha umowa, cicha unia między rodzicami.

Dorośli bawią się w dzieci
To, co świetnie uwypuklił festiwal, to to, że granica między dorosłością a dzieciństwem znacznie się zaciera. Właściwie - przestańmy wierzyć, że kiedykolwiek była wyraźna. To znaczy zawsze istniała linia oficjalna, instytucjonalna. Ale dzieci usilnie pragnęły tego, co było przypisane dorosłym. Teraz sytuacja jakby odwraca się, produkty dla dzieci niosą w sobie ukryte cytaty przeznaczone dla dorosłych. Taka jakby zabawa w ciuciubabkę. Tylko nazwa produktu może czasem zmylić.
2
komentarze
fantastyczny tekst. nic doda, nic uj.
maciejplater
04-04-2012 18:15:37
dobry, tekst. trafnie opisuje nas samych, to jak yjemy, jak konsumujemy. dziki festiwalowi otwieraj si oczy na zjawisko, otwiera si dyskusja. ciekawe czy kto postawi kontr ;-)
czekam na kolejn edycj...
fajerwerek
05-04-2012 20:55:02