Niedziela - --
Poniedziałek - --
Wtorek - --

18-04-2012 10:11

Rozmowy z Pawłem Kulą nigdy nie pozwalają się domknąć. Naszpikowane dygresjami, bogactwem historii i anegdot, odsłaniają portret człowieka przeżywającego swoje życie z wielką pasją. Taka jest też jego sztuka, bo jak sam mówi: "Dla mnie sfery życia i sztuki są tożsame. Nic nie stoi ponad życiem". Poznajcie Pawła Kulę.

A.G-J.: Dla większości z nas poczucie względności i niepewności jest uczuciem niepożądanym, niekomfortowym. Wolimy wiedzieć wszystko na pewno. Daje nam to poczucie bezpieczeństwa w naszym małym świecie. Ciebie - wydaje się - nakręca coś przeciwnego: spirala niepewności, ryzyka, konfrontowania się z wielością możliwości. Z wypadkowej najróżniejszych działań i okoliczności, z tego igrania z losem, uczyniłeś metodę pracy, stworzyłeś swój własny język.
P.K.: Zajmując się fotografią jestem uwikłany w te procesy, w które i ona jest uwikłana. Medium to jest nierozerwalnie związane z chęcią utrwalania obrazów, zamiany spostrzeżeń w materialne obiekty. Takie były początki tego medium - zatrzymać efemeryczne projekcje z soczewkowych kamer pod postacią mobilnego przedmiotu wielorazowego użytku. To taki rodzaj magii, której uległa ludzkość wymyślając fotografię. Nie jestem od tego wolny - zacząłem robić zdjęcia po to, by nie znikały. Żeby je jeszcze raz zobaczyć. Przyznam szczerze, że ucząc się fotografii według starego analogowego rytu (a w takiej tradycji kształtowały się moje doświadczenia od końca lat 80-tych), można z wielką siłą doświadczyć niekontrolowanego "znikania obrazów" pod wieloma postaciami. Te bolesne doświadczenia powodują, że człowiek chce nieintencjonalne "zniknięcia" jakoś okiełznać - uczy się pilnie fotograficznych procedur, czasem nawet idzie na specjalistyczne studia i w końcu staje się profesjonalistą. To także i moja droga, ale na tej drodze przekonałem się, że czasami konsekwencje mentalne takich "zniknięć" tworzą pasjonujące mnie przestrzenie do pracy.

Jak sam mówisz, zapuszczasz się na tak zwane graniczne obszary fotografii. Zajmują Cię błędy procesów technologicznych - coś psujesz, aby coś zbudować...
Zapuszczając się na te "graniczne obszary fotografii" można doświadczyć "surowego" medium; badać, jaki wpływ mają poszczególne materialne cechy fotografii na nasze postrzeganie świata, a także jakie to powoduje reperkusje w nas samych na poziomie psychicznym i intelektualnym. Obcowanie ze znikającym na naszych oczach obrazem i świadomość, że nie można go zatrzymać, daje nam próbkę możliwości fotografii jako skondensowanej formy teraźniejszości. Formy materialnej, która równocześnie jest iluzją istnienia, sumą działania światła, postrzegania i interpretacji. Obserwacja przepływających obrazów, oswajanie się z ich nieistotnością było dla mnie ważną lekcją na poziomie doświadczania medium. Tego szukałem i to znalazłem, choć w czasach cyfrowych nie jest to zbytnio eksponowany potencjał fotografii. Zdarzają się jednak eksploracje artystyczne cyfrowych "zniknięć", uszkodzeń plików graficznych, błędów zapisu i kompresji JPG-owej, pikselizacji i szumów, itp.

Aparat do znikania obrazów/ 2004 - kamera z luminoforem dającym nietrwałe, świecące w ciemności obrazy

Ciekawi mnie ten wątek igrania z przypadkiem, eksperymentowania, konstruowania artefaktów. Potrafisz wskazać moment narodzin tych fascynacji?
Jako dziecko fascynowałem się astronomią - budowałem lunety, lornetki, mikroskopy, ławy optyczne i projektory, raz nawet zbudowałem kamerę otworkową, ale wtedy nie zrobiło to na mnie wrażenia. To nie była jakaś wiedza tajemna - jako dzieciak w latach 80-tych mogłem bawić się NRD-owskimi zabawkami edukacyjnymi i tam było wszystko wytłumaczone. Poza tym, soczewka była częstym towarzyszem podwórkowych zabaw - choć służyła raczej do podpaleń, a nie projekcji. Rozkręcanie mechanizmów bez umiejętności ich złożenia, samodzielna produkcja zabawek z odpadów oraz spontaniczna zmiana funkcji przedmiotów to naturalny etap rozwoju u każdego dziecka. Krótko mówiąc - metody pracy i przekonanie, że są właściwe, miałem przyswojone zanim jako 12-latek zrobiłem swoje pierwsze zdjęcia.

Kamera Puszka

Jakieś 10 lat później używałem przeważnie przeterminowanych filmów i tworzyłem różne hybrydowe procesy wywoływania z wycofanych z użytku chemikaliów, zmieniałem temperatury, mieszałem w kuwetach różne ciecze przez całe noce, aby nad ranem wyrzucić wszystko do kosza. Dostawałem prezenty od zaprzyjaźnionych fotografów w postaci przeterminowanych o 20 lat klisz i mogłem do woli się bawić - tym bardziej, że w tamtym okresie byłem bezrobotnym karmionym przez rodziców. Te nocne zabawy mogłem więc swobodnie odsypiać. Zacząłem studiować i tam też stworzono mi doskonałą atmosferę do dalszych eksperymentów, zachęcano, wręcz zmuszano do nich i to bardzo mi odpowiadało.

Solaris/ projekt rozpoczęty w 2000 roku (projekt współtworzony z Diego Lopez Calvin i Sławkiem Decykiem) - tutaj zdjęcie naświetlone pomiedzy czerwcem a grudniem 2011 roku

Przez Twoje konstrukcje przemawia taki efemeryczny duch. Cechuje je pewna lekkość bytu, tymczasowość, doraźność...
Niedbałość wykonania artefaktów to element, który czasem mocno zaznacza się w moich pracach. Kolega Arek Piętak po przejażdżce "Światłoczułym Autobusem" (praca zrealizowana wraz z Filpem Bylakiem w 2003 roku) powiedział: "Autobus jest bardzo niechlujnie wykonany, widać w tym rękę fachowców..." - nic dodać, nic ująć. Wiele moich działań warsztatowych ma też taką atmosferę - to coś jak występ, podczas którego wykonuję sztuczki jedną ręką, bo druga koniecznie musi być w tym czasie nonszlancko włożona do kieszeni.

Nacisk na "dzianie się" - wymyślanie i budowanie aparatu jest ważniejsze niż zdjęcie, które można nim zrobić. Miałem wiele takich konstrukcji, którymi wykonywałem jedno-dwa zdjęcia tylko po to, by zobaczyć, czy działają. Właściwie powstawały jedynie, żeby po raz kolejny potwierdzić, że światło połączone z maszyną daje taki efekt. To jak odprawianie rytuału: kolejność czynności i ich energia ma znaczenie, końcowy obraz to tylko potwierdzenie powodzenia.

Kamera Kularoid - soczewkowy aparat do wprostpozytywowych barwnych fotografii wykonany z drewna

Czasem ta niepewność to element gry, potencjał prawdopodobieństwa, który prowadzi ku różnym przygodom. Jako nastolatek praktykowałem pewną zabawę. Jeżdżąc po mieście na rowerze rzucałem monetą na każdym rozwidleniu dróg: reszka - skręcasz w lewo, orzeł - skręcasz w prawo. Robiłem takie przejażdżki na 20-30 rzutów. Emocjonowałem się przy tym, bo wierzyłem, że prowadzi mnie jakaś siła, a miejsce do którego w końcu trafiałem nabierało dla mnie specjalnego znaczenia. Już jako "praktykujący artysta" zorganizowałem w 2002 roku wycieczkę, której zasady były także z góry określone: przez cały dzień, od wschodu do zachodu mieliśmy iść w stronę Słońca tak, aby ślad naszej wędrówki na Ziemi w pewien sposób odzwierciedlał kosmiczną geometrię. No i faktycznie szliśmy z przerwami jakieś 17 godzin, poza siatką istniejących dróg, przeprawiając się przez mokradła i strumienie, ale nasza droga była tylko odległym echem tego kosmicznego wzoru. Konrad Smoleński zrobił w trakcie tej wyprawy dość impresyjny film pt. "Moth", powstało kilka fotografii, no i to wszystko. Tego, czego doświadczyliśmy, z oczywistych względów nie da się opowiedzieć.

Zaskoczenie efektem własnej pracy, balansowanie na granicy błędu, przypadku. To chyba właśnie Brodski powiedział, że niepokój/niepewność jest najlepszą sytuacją do tworzenia wiersza. Bliska jest Ci ta optyka?
Błędy to naturalne aspekty naszego istnienia. Mam w sobie dużą potrzebę kontrolowania tej sfery, ale ta potrzeba na szczęście we mnie słabnie. Nie każdy tak lubi, ale dla mnie zgoda na nieprzewidywalne w obszarze doświadczania - nie tylko artystycznego - jest istotna. Nie znaczy to jednak, że pracuję pod wpływem jakiegoś wewnętrznego niepokoju czy cierpienia. Pod wpływem emocji robię rzeczy, które później nadają się tylko do kosza. Brakuje im oddalenia, uniwersalnej optyki - kiedy jest się w trudnym stanie, lepiej sobie posiedzieć i popatrzeć na rośliny, albo zająć się przyczyną cierpienia. To oczywiście tylko moja opinia, niektórzy swoją artystyczną praktykę mają ściśle zintegrowaną z procesami emocjonalnymi i dla nich jest to idealne połączenie.

Peryferia/2011

Nie obawiasz się chwili, w której już siebie nie zaskoczysz?
Nie wiem, czy moją intencją jest zaskakiwać siebie do ostatniego tchnienia. Otacza nas taka różnorodność przejawień, mnożą się sensy tego, czego można doświadczyć, że bodźców z zewnątrz raczej nie zabraknie. Ważniejsza jest jednak dla mnie wewnętrzna stymulacja do działania - to stabilne i bardziej harmonijne źródło. Taka stymulacja pozwala mi utrzymać w sobie potrzebę i gotowość do uczenia się nowych rzeczy. Zewnętrzne źródła nie dają mi takiego oparcia.

Wspomniałeś, że twoje życie emocjonalne od najmłodszych lat wiązało się z fotografią. Kojarzyłeś fakty i ich rozumienie z konkretnym zdjęciem, pejzażem. Czym jest "pamięć kliszy", o której mówisz w cyklu "Archiwum Domowe"?
Zainfekowanie mnie fotografią przez ojca jest faktem, także jego manierą aranżowania scen rodzinnych i wiarą, że to nadal jest rzeczywistość. Jak byłem dzieckiem to myślałem, że u wszystkich jest tak samo - ktoś robi zdjęcia przy każdej okazji, szafa jest pełna albumów i nie ma takiego zdarzenia, które nie zostałoby sfotografowane. Później dopiero zrozumiałem, jak emocjonalnie i intuicyjnie ojciec posługuje się fotografią tworząc albumy ze starannie przemyślanymi sekwencjami, czy pokazując slajdy w niekoniecznie linearnej narracji. Uświadomiłem też sobie, że jego kreacja (pozbawiona intencji bycia działaniem artystycznym) stworzyła wiele z moich "doświadczeń", które rzekomo pamiętałem. To uświadomienie było dla mnie punktem wyjścia do pracy nad cyklem "Archiwum Domowe".

Archiwum Domowe/2000

Poruszałem się wciąż w tych samych przestrzeniach, te same przestrzenie zostały wielokrotnie zarejstrowane na fotografiach. Dzięki fotografiom powstała dla mnie iluzja jednoczesnego istnienia tych wszystkich przejawień. Zacząłem postrzegać czas jak mieszkaniec Tralfamadorii u Vonneguta - oglądałem go raczej jak pejzaż, a nie linearną sekwencję. Zaprosiłem do wspólnej zabawy najbliższą rodzinę i stworzyliśmy razem kilka udanych "ustawień". Wtedy więcej w tym było zabawy, dziś zdaję sobię sprawę z energetycznego potencjału takiego działania (jakieś odległe echo metody Hellingera w tym pobrzmiewa). Wtedy "pamięć kliszy" rozumiałem jako pewnego rodzaju energię przychodzącą z zewnątrz w apekcie społecznym, kulturowym i psychologicznym. Dziś "pamięć kliszy" to dla mnie realny ładunek energetyczny, tkwiący w materialnej osłonie przedmiotu zwanego fotografią. Ten ładunek istnieje poza wspomnianymi wyżej aspektami i sprawia, że zdjęcie może być użyte jako artefakt magiczny (i tak zresztą powszechnie się dzieje).

Archiwum Domowe/1998

Co - Twoim zdaniem - pojawia się u człowieka pierwsze: odruch estetyczny czy etyczny?
To zależy od człowieka i jego motywacji w danej sytuacji. Oba te odruchy są bardzo naturalne i powinny pozostać w równowadze. W naszej kulturze przekonanie, że dobre rzeczy są jednocześnie estetyczne, jest bardzo głębokie. Mówiąc o odruchu etycznym często mamy na myśli sytuacje etycznie wątpliwe, wymagające naszego jednoznacznego rozpoznania i deklaracji. Obecnie silnie zaznacza się także fetyszyzacja i estetyzacja zła. Staram się nie nosić w sobie równań w stylu: nieetyczne = nieestetyczne i etyczne = estetyczne, a wiadomo, że tych równań i zaprzeczeń jest więcej. Staram się rozpoznawać i odrzucać rzeczy nieetyczne niezależnie od ich walorów estetycznych, chociaż niejednokrotnie doświadczyłem tego, jak takie rzeczy bywają pociągające.

Zdarzenia/ 2008 - projekt w trakcie realizacji

Helena Modrzejewska napisała kiedyś, że sztuka jest wartością samą w sobie i stoi ponad życiem...
Dla mnie sfery życia i sztuki są tożsame. Nic nie stoi ponad życiem. Mógłbym do znudzenia powtarzać te zużyte mocno hasła "sztuka to życie" czy "każdy jest artystą". Zamiast tego powiem tylko, że jeśli to się staje doświadczeniem cichej codzienności, niekoniecznie manifestującej się w sferze wystawienniczo-wernisażowo-marketingowej, to takie doświadczenie może być autentycznie przeżyte.

Zdarzenia/ 2008 - projekt w trakcie realizacji

Jakie jest twoje osobiste kryterium sztuki?
Głęboko wierzę w sens praktykowania czegoś, co czasem bywa nazywane "sztuką". To nie jest zajęcie elitarne. Konieczne oczywiście jest pewnego rodzaju sprzężenie aparatu percepcyjnego i świadomości, ale edukacja artystyczna nie jest do tego niezbędna. "Czucie się" artystą to stan świadomości, gotowość rozumienia świata i ludzi, umiejętność łączenia odległych sensów i tworzenia z nich nowych bytów. To może być użyteczne i uniwersalne, ale nie musi. Może też przyjąć materialną formę, ale nie jest to konieczne, może znaleźć wielu odbiorców, ale może też to być sytuacja bardzo intymna i indywidualna.

Jakie tematy leżą za Twoją granicą nieprzekraczalności?
Jako tak zwany artysta nie wszczynam awantur i nie prowokuję, to nie jest mój język. Trzymam się z dala od publicystyki i polityki. Nie interesują mnie bieżące tematy, nie identyfikuję się z wieloma klasycznymi tematami sztuki, jednak chętnie uczestniczę w ich odbiorze. Artysta nadal pozostaje człowiekiem. Na pewno nie zobaczysz w moim pracach tego, co dla mnie - jako istoty ludzkiej - jest nieprzekraczalne na danym etapie życia.

W Twoich pracach raczej wybrzmiewa dystans do tzw. "wielkich narracji". Cykl "Przesilenie" był inny. Dotyka mistyki, pytania idą dalej i odważniej.
Historia "Przesilenia" jest faktycznie inna. To ascetyczne panoramy, uporządkowane kompozycyjnie z powtarzającym się motywem nagiego człowieka w ośnieżonym, surowym pejzażu. Tam nie ma miejsca na ruch - wszystko już się skończyło i jeszcze nic się nie zaczęło. Taka wszak jest istota tego kosmicznego momentu zwanego przesileniem.

Przesilenie/ 2006 (projekt współtworzony z Marią Stafyniak)

Słyszałam, że geneza powstania tej pracy związana jest z dość niezwykłym zdarzeniem...
Oficjalnie jestem autorem projektu, ale bez wątpienia projekt ten nie zaistniałaby, gdyby nie współpraca z Marią Stafyniak. Przy realizacji pracowaliśmy razem, włócząc się po zaśnieżonych polach i lasach, i o ile ja pracowałem nad ostatecznym kształtem obrazów, to bez naszego wspólnego utożsamienia się z tym doświadczeniem te obrazy by nie powstały. To my, a nie wynajęte osoby, mieliśmy pozować do zdjęć - odmienność tego cyklu wynika z tego, że obrazy te nie zostały wymyślone.

Pewnej nocy, w okolicy zimowego przesilenia po prostu przyśnił mi się taki wzorcowy widok. Po przebudzeniu pozostało mi tylko zrealizować to, co zobaczyłem we śnie i zrobiliśmy to razem z Marią następnego dnia. Nie byłem wtedy tym mocno zaskoczony, bo od pewnego czasu z większą intensywnością zdarzały mi się takie wyraziste sny, czucia "obecności" czy nagłe uświadomienia jakichś widoków. Kilkanaście miesięcy wcześniej miałem dość długi kontakt z dziwnym przedmiotem, znalezionym przez mieszkańca wsi, którą często odwiedzałem. Dziś, kiedy zajmują się tym archeologowie, przedmiot ten nazwany jest "laską magiczną", jej wiek oszacowano na ok. 13 tys. lat. Można sobie bez trudu ten przedmiot obejrzeć w necie wpisując: "laska magiczna z Rusinowa". No i tę właśnie "laskę" nosiłem przy sobie przez całą wiosnę 2004 roku. Przez 24 godziny na dobę woziłem ją w plecaku, spałem z nią, jak z misiem. Później zrozumiałem, że to kontakt z tym artefaktem zaindukował u mnie te procesy "śnienia" i "widzenia".

Pierwsze zdjęcie do "Przesilenia" wykonałem właśnie we wsi, w której "laska magiczna" została znaleziona, bo i sen dotyczył tamtej przestrzeni. Co ciekawsze, teraz już nie pamiętam kompletnie tego snu, został "przykryty" przez te fotografie i całkowicie się rozpłynął.

Już po tych wszystkich doświadczeniach, kilka lat później dowiedziałem się od archeologów, że przedmiot ten mógł być związany z inicjacją narodzin oraz rytuałem związanym z pojawianiem się nowego życia po odchodzącej zimie. Tam jest wyryta taka mała ludzka postać, prawdopodobnie jest to postać rodzącej kobiety. Rozmawiałem też z człowiekiem, który ma rozwinięte umiejętności "widzenia" przestrzeni energetycznej i pamięci przedmiotów - opisał on, jak ten przedmiot był używany oraz jaka energia stała za praktykowanym przy użyciu tej "laski" rytuałem. Te trzy równoległe wątki: badania archeologów, opowieść "widzącego" i fotografie z "Przesilenia", połączyły się dla mnie ostatecznie w spójną historię.

Pierwszy raz usłyszałam o Tobie, gdy prowadziłeś warsztaty w galerii "Pod Sukniami". Urzekł mnie bardzo charakter Twojej współpracy z osobami niepełnosprawnymi - pełen pokory i wymiany. Przyglądając się inicjatywom, których podejmujecie się wspólnie z Marysią, widać, jak ważny jest dla Was dialog, spotkanie, obecność "Innego".
Po pierwsze to właśnie współpraca z Marią pozwoliła mi na zmianę perspektywy w pracy (zresztą na innych płaszczyznach także). To od niej uczyłem się tych "przestrzeni spotkania i otwarcia". Wcześniej pracowałem sam i były to raczej gwiazdorskie występy - samotnie na scenie, kapłan i magik wyciągający z cylindra różne cuda. To była tylko iluzja współpracy z ludźmi, bo miałem tak dużą potrzebę kontrolowania, że mimo pozorów spontaniczności i swobody nie dopuszczałem tego, że coś może pójść inaczej, niż to sobie wymyśliłem. Do dziś zbieram żniwo tamej postawy walcząc z łatką "czarodzieja fotografii otworkowej".

Kamera Walizka - aparat otworkowy wykonany w 2007 roku na potrzeby warsztatów w Bristolu ze znalezionych skrawków płyt pilśniowych

Teraz, kiedy pracujemy razem, ten "akt spotkania i otwarcia" polega na animowaniu zdarzeń, które dopuszczają polifonię opinii, postaw i zachowań wobec postawionego na warsztatach problemu. Staramy się tworzyć otwarte scenariusze, które pozwalają pomieścić tę mnogość, choć oczywiście musimy nadać temu jakąś strukturę - proponując np. formę, do której będziemy podczas zajęć dążyć. To, co Maria nazywa "demokratyzają kreatywności", to proces, który pozwala wybrzmieć wszystkim głosom na takim spotkaniu.

Mówicie o tym pięknie, jako o fotograficznej konwencji spotkania z drugim człowiekiem. Wytłumacz, proszę, czym dla Ciebie osobiście jest ten "akt spotkania i otwarcia".
Każda postawa jest ważna i odrębna, ale dopiero współpraca i interakcja tworzą nowe sensy. To objawia się także w metodach naszej pracy - praca na warsztatach opiera się częściowo na pracy indywidualnej, ale kluczowym momentem jest konfrontowanie swojej postawy z innymi uczestnikami. To jest ten najważniejszy aspekt - bez "spotkania" i "otwarcia" ten etap nigdy nie zaistnieje.

Wizyta u Fotografa/ 2009 (projekt współtworzony z Marią Stafyniak)

Czasem to jest jak woda spływająca w różnych kierunkach z jednej góry. Wszyscy ruszamy z jednego punktu i podążamy w odległe krainy jako osobne rzeki. Na koniec te rzeki wpadają do jednego oceanu i znów się spotykamy. W pracy takiej nie oceniamy i staramy się nie myśleć o efektach końcowych, choć czasem mamy z tym problem, bo sami uczestnicy bywają nastawieni na "efekt". Wiadomo, że warsztaty dla dzieci nastawione na "proces", po których nic trwałego w rezultacie nie powstaje, mogą wzbudzać nieufność rodziców. Na szczęście spotykamy się z wieloma osobami, którym też jest to bliskie.
Pracując z ludźmi w taki sposób trzeba sobie odpuścić kontrolę tego procesu. Chodzi tylko o wzbudzanie przepływu na tyle delikatne, żeby ten proces odbył się u tego człowieka samodzielnie. Jeśli się to nie wydarza to też trzeba na to pozwolić. Ja miałem właśnie z tym duży problem - miałem jednak mocno wynikowe podejście. Ostatnia rzecz to sama postać prowadzącego - on musi pozostać niewidoczny lub na tyle energetycznie dyskretny, żeby nigdy nie stłumić sobą tych, z którymi się pracuje. I znowu tutaj dla mnie było to coś nowego - wcześniej występowałem, teraz musiałem nauczyć się asystować.

Wychodzić poza swój krąg, poza własną wrażliwość i sięgać dalej? Takie jest zadanie artysty i powinność człowieka?
Wystarczy być w porządku wobec ludzi i otaczającego świata, dostrzegając jednocześnie złożoność tych zjawisk. Mroku wokół jest niemało i te niby proste rzeczy stały się bardzo, bardzo trudne. Jawią mi się jakieś mrzonki na temat mentalnych przełomów o zasięgu globalnym, ale realna jest tylko wewnętrzna pozytywna przemiana. Jeśli takie przemiany zachodzą, to fajnie jest co jakiś czas dawać tego świadectwo - to wszystko, co mogę powiedzieć o tak zwanych powinnościach.

bez tytułu/1997 - autoportet ze Słońcem
Paweł Kula (rocznik 1976). Absolwent ASP w Poznaniu. Fotograf, animator działań edukacyjnych wykorzystujących elementy języka sztuk wizualnych (współzałożyciel z Marią Stafyniak Stowarzyszenie Edukacyjno-Artystycznego "Oswajanie Sztuki"). Jego teksty i fotografie były publikowane m.in. w pismach: "Fotografia", "Fotozeszyty", "Format" oraz publikacjach: "Świadomość kadru - szkice z estetyki fotografii" i "Odwzajemnione spojrzenie. O fotografii otworkowej" Zbigniewa Tomaszczuka. Pokazywał swoje prace na licznych wystawach indywidualnych i zbiorowych. Strona artysty: pawelkula.blogspot.com