Piątek - --
Sobota - --
Niedziela - --

19-05-2011 12:23

Noc jest gwieździsta, chłodna i tylko szczekanie psa przypomina o tym, że gdzieś tam istnieje niewidzialna linia, której nie można przekroczyć.

Reszta jest pozorem, fragmentem światła na kamieniu przy ścieżce, z której nie ma zejścia w bok, choć nieopodal podejrzewasz istnienie innej drogi, usytuowanej w przyjemnie podwójnym, ażurowym cieniu bezlistnych klonów. A jednak świadomość tego, że nie ma odwrotu popycha cię dalej, jak podmuch wiatru unoszący latawiec, tę figurę woli uwiązanej do ziemi ruchem nadgarstków kogoś, kto za tym stoi, nie rzucając cienia, jak teoria, która wspiera jakąś rzeczywistość i nasze jej rozumienie.

Kawałek dalej powietrze szarpie oświetlona gałąź lub ktoś, kto usiłuje się przebić przez ciemność horyzontu nad drogą. Drzewa są daleko, liście formułują podpowiedzi, lecz żadna nie jest dostatecznie jasna, aby rozwiązać ten obraz, układankę z liści, gałęzi i domysłów wspartych na resztkach stalowego światła, które przebija zza niskich chmur. Przez część nocy te dziwne, postrzępione sylwetki trzymają w ryzach kontury kolejnego dnia. Dopiero nad ranem deszcz wyczerpuje swoje znaczenie w kilku spazmatycznych seriach, które skreślają niebo niczym nerwowy telegram. Deszczówka unosi kwiaty wyrwane z ziemi, krwawe odpryski dachówek rozsiane w trawie. "Ten dom nie jest już tym, czym był, kiedy przyjechaliśmy tu po raz pierwszy".

To zachodnia część miasta, ten kawałeczek, gdzie ostatnie domy splatają się z pierwszymi zaroślami parku municypalnego, który rozciąga się dalej na północny zachód, stopniowo wrastając w przyczajoną łamigłówkę puszczy. Później pierwsza powódź świateł i ogród na tyłach domu rozrasta się w kwietniowym słońcu jak rysunek anonimowego autora, anonsując przestronny wiosenny poranek.